deszcz. jęknęłam w duchu na jego widok za oknem, bo zaraz miałam wychodzić i czekała mnie długa droga z Tarchomina do centrum. parasola oczywiście nie miałam. nie znoszę parasoli. są zbyt kłopotliwe.
wyszłam i... paradoksalnie opuściła mnie niechęć. było mi wszystko jedno. w końcu to tylko woda. nie było specjalnie zimno, a po pewnym czasie wyszło nawet słońce. idąc w stronę metra na Marymoncie z pętli autobusowej zwróciłam uwagę na rozproszony tłum ludzi. zabawnie było patrzeć, jak każdy się kuli, żeby za wszelką cenę uniknąć kontaktu z kroplami deszczu. na przekór wszystkim szłam, jak gdyby nigdy nic. czekając na przejściu aż czerwone zmieni się w zielone, odchyliłam twarz do góry, aby poczuć dotyk deszczu na skórze. uśmiechnęłam się. było w tym coś przyjemnego.
i wtedy ją zobaczyłam. piękna, kolorowa tęcza królowała na niebie. zwolniłam, aby w zachwycie chłonąć ją wzrokiem. miałam wrażenie, że nikt poza mną jej nie zauważył.to zadziwiające, jak mało dostrzegamy, przytłoczeni własnymi sprawami, własnymi problemami i własnym pośpiechem. egoizm przygniata nas do samej ziemi. zapominamy, jak cudownie jest czasem się od niej oderwać i poszybować wzrokiem i myślami w górę, nie martwiąc się o nic. chociaż przez moment.
nie mam racji? owszem, niewykluczone. ale przyznaj się, jak często patrzysz w niebo? nie mam tu na myśli sytuacji, kiedy oceniasz nadciągającą chmurę deszczową. czy w ogóle widzisz jego piękno? czy widzisz ten barwny spektakl, jaki codziennie ukazuje nam sama natura?
0 comments:
Post a Comment