Wednesday, 27 August 2014

czary mary cz. I

Posted by Panna Danuta at 18:09 0 comments
nie przebiłam się do żadnej dżungli z jaguarem, ale wykorzystałam to doświadczenie najlepiej jak mogłam.

pomysł, żeby zapalić changę narodził się we mnie rano, dziesiątego sierpnia, kiedy przeczytałam, że wieczorem nastąpi pełnia księżyca w wodniku, która sprzyja intencjom na temat wolności, wychodzenia poza swoje ograniczenia i wytrwałości w dążeniu do spełniania marzeń. na tym oparłam moją własną intencję, która kształtowała się w mojej głowie przez cały tamten dzień.

tego dnia miałam robić zupełnie inne rzeczy, ale intuicja skierowała wszystkie moje działania w stronę planowanego rytuału. zauważyłam to dopiero wieczorem. jadłam lekko i dość niewiele, nie tknęłam papierosów, zaczerpnęłam słońca podczas jazdy na rowerze. spotkałam się na chwilę ze znajomym, który pożyczył mi szklaną fifeczkę, jako że moja drewniana zaginęła gdzieś na yadze. uporządkowałam i upiększyłam pokój, w którym zamierzałam zapalić, dodając świeczki i kilka innych bibelotów. ogólnie pełen relaks.

czułam jak rośnie we mnie ekscytacja, tym szybciej, im bliżej było do wieczora. godzinę przed planowanym rytuałem, który miał się zacząć dokładnie o 20:04, czyli równo z pełnią, zaczęłam ogarniać sobie przestrzeń w pokoju. pościeliłam na podłodze miękkie rzeczy, żeby móc się na nich położyć, otworzyłam na oścież balkon, przysłaniając go firanką. myślałam o paleniu na dworze, ale ostatecznie uznałam, że zbyt mało jeszcze znam swoje reakcje na tą substancję. wyniosłam lustro do innego pokoju, wybrałam muzykę. na początku miał być to album Biosphere - Substrata, ale jego surowość sprawiła, że ostatecznie zdecydowałam się na album CBL - World of Sleepers. później okazało się, że każda z tych czynności była najdoskonalszym pomysłem na tę okazję. nadymiłam palo santo i ostatni kwadrans spędziłam na medytacji, podczas której skupiłam się na oddechu, moich intencjach, otwarciu umysłu i wysyłałam ciepło do bliskich mi ludzi.

muzyka idealnie zsynchronizowała się z tą szaloną podróżą. po kilku sekundach od zapalenia, firanka przede mną zamigotała, ściany zaczęły się rozciągać i wyginać, mozaika niesamowitych barw zamieniła się w płynną energię... poczułam palącą potrzebę, żeby zrzucić z siebie ubrania i zrobiłam to natychmiast, po czym wstałam. spojrzałam w dół i przez sekundę zobaczyłam swoje nogi i ręce, po czym głos w mojej głowie krzyknął "nie patrz na swoje ciało!" i szybko odsunęłam dłonie do tyłu, a głowę zadarłam do góry i zamknęłam oczy. widok dziwnie zniekształconego ciała sprawił, że na chwilę zemdliło mnie ze strachu i pojawiało się pragnienie, żeby ten trip się już skonczył. ale uspokoiłam się myślą, że i tak się niedługo skończy, a strach tylko przeszkadza w jego wykorzystaniu. uśmiechnęłam się, zaczęłam głęboko oddychać i przez cały czas miałam wrażenie, jakbym leciała, przeciskając się przez "ciasne powietrze". jednocześnie czułam, jakby moje mięśnie były z ołowiu, ale nie chciałam jeszcze siadać, bo wiedziałam, że walcząc z tą pokusą, zgromadzę w sobie jeszcze więcej siły. w chwili, kiedy opadłam trochę z energii, zaczęłam wypowiadać słowo "dobro" i mogłam stać dalej. potem mowiłam do siebie i do ducha changi jeszcze inne rzeczy, po czym zalała mnie fala wdzięczności i radości. czułam jak duch changi mnie przytula i zaczęłam nawet delikatnie tańczyć. przed rytuałem bałam się, że doznam bólu i poczucia winy za pewne swoje decyzje, ale nic takiego nie nastąpiło. łzy płynęły jedynie z powodu zachwytu i podziwu.

usiadłam, ale po chwili znowu wstałam, bo spojrzałam na ścianę, gdzie wisiała moja niebieska mandala z Pushkaru, a wyglądała tak nieziemsko! nie wiem skąd, ale wiedziałam, że mogę ją wykorzystać. tworzyła przepiękny tunel, wijąc się i falując. stanęłam dokładnie na wprost niej i po chwili skupienia wzroku na jej środku, zamknęłam oczy. zobaczyłam formującą się kulę energii, która rosła w siłę, w miarę jak napełniałam ją moimi dobrymi wibracjami. następnie przeniosłam ją w stronę balkonu i wyrzuciłam przez okno na zewnątrz, żeby podzielić się nią ze światem.

wtedy położyłam się, przykryłam kocem i zamknęłam oczy, żeby nacieszyć się jeszcze trochę pięknem changi. podróż powoli się kończyła. dopaliłam to, co zostało w fajeczce i osiągnęłam błogostan, jaki towarzyszy mi zwykle po dobrym zjaraniu się. z moich oczu znów popłynęły łzy wdzięczności i poczułam się rozkosznie lekka i czysta.

Saturday, 9 August 2014

le toucher II

Posted by Panna Danuta at 18:49 0 comments
doskonale pamiętam moment, w którym on po raz pierwszy przekroczył moją barierę "dotykową". ta bariera jest u mnie bardzo silna, z czego ja sama zdałam sobie sprawę dopiero w zeszłym roku na zajęciach podczas terapii, gdzie okazało się, że spośród grupy dwunastu dziewcząt to ja wytwarzam największy dystans wokół siebie, a znałyśmy się już wszystkie prawie dwa miesiące i widywałyśmy się pięć dni w tygodniu. na początku byłam w głębokim szoku, ale teraz bardzo to w sobie lubię.

bo nie lubię, jak ludzie włażą mi na moją przestrzeń osobistą zbyt wcześnie, albo robią to źle. źle, czyli jak? za dużo tłumaczenia. ale on... zrobił to tak subtelnie! siedzieliśmy wtedy w cztery osoby w moim namiocie podczas festiwalu w jednym z północnych lasów Polski i paliliśmy haszysz. mój namiot jest dość przestronny, więc każdy mógł siedzieć na tyle swobodnie, żeby nie dotykać innych osób. a on leżał wsparty na łokciach i w pewnym momencie przybliżył się tak, żeby jego lewe ramię dotknęło mojego prawego uda, kiedy siedziałam po turecku i nabijałam fajeczkę. i tak pozostał. był to gest niezauważalny dla pozostałych, ale na mnie podziałał tak, jakby fala ekstatycznego prądu przeszła przez całe moje ciało.

przez ostatnie osiem miesięcy powoli rozwija się we mnie do niego uczucie, którego nie żywiłam do mężczyzny od ponad pięciu lat. każdy, kto trochę mnie zna, wie że potrafię szybko zafascynować się interesującym facetem, a czasem też i kobietą, i co miesiąc może to być inna osoba! ale równie szybko ta fascynacja mija i pozostaje zwykła sympatia. tak po prostu mam, bo lubię poznawać ciekawych ludzi, a los szczęśliwie zsyła mi ich naprawdę mnóstwo. jednak fascynacja osobą, o której tutaj piszę, jest zupełnie inna. nie spodziewałam się tego. byłam pewna, że jest to jedna z tych wielu ulotnych fascynacji, jakich często doświadczam i że niedługo mi przejdzie. przez bardzo długi czas udawało mi się ukrywać przed sobą to, że ta jest silniejsza niż wszystkie inne.

w końcu jednak coś we mnie pękło i już nie potrafię zaprzeczyć temu, że oszalałam na jego punkcie. wysiłek jaki muszę włożyć w to, żeby to ukryć, jest nie do opisania... i boli straszliwie, bo mężczyzna ten jest już od sześciu lat w związku. jeszcze nie poznałam jego dziewczyny, ale wiem, że jest wspaniała, a ja wcale nie mam ochoty niszczyć pięknych rzeczy.

ale on mi wcale nie pomaga w tłumieniu uczuć do niego. nie potrafię powstrzymać promiennego uśmiechu, kiedy mnie zaczepia i mówi do mnie "Danusiu". zapisuję w pamięci każdy moment, w którym udaje mu się ukradkowo mnie dotknąć. raz nawet chwycił mnie za dłoń, kiedy z jakiegoś powodu wybuchnęliśmy śmiechem i czułam, że oboje ten śmiech przedłużamy, żeby móc dłużej trzymać swoje dłonie. i coraz częściej czuję jak na mnie patrzy... nie zerka, lecz obserwuje. zauważa najdrobniejsze szczegóły. uważnie słucha i lubi, jak ja jego słucham. ale jeszcze nigdy nie dopuścił do tego, żebyśmy się spotkali tylko we dwójkę, chociaż okazji było co najmniej kilka. te wszystkie sytuacje dzieją się na naszych spotkaniach i wyjazdach ze wspólnymi znajomymi. napięcie we mnie rośnie powolutku, ale nasyca się do ostatnich granic...

a od ostatniego mojego wpisu na tym blogu minęło więcej niż rok czasu.
 

c'était ici Copyright © 2012 Design by Antonia Sundrani Vinte e poucos