kręci mnie to. kręci mnie jego bezczelność i pewność siebie. kręci mnie ten egoizm rozpieszczonego, bogatego chłopca. kręci mnie to, że jest cholernie przystojnym draniem, który potrafi wyrwać przypadkową dziewczynę poznaną na ulicy i jeśli mu się spodoba, to bez problemu zaciągnąć ją do łóżka. tak jak mnie.
bez budowania żadnych głębszych więzi. po prostu, bo tak. dla czystej, hedonistycznej przyjemności.
Saturday, 31 July 2010
Thursday, 29 July 2010
umysł kontra serce, rozdział:... kolejny.
ty chyba oszalałaś! ogarnij się, kobieto. przecież skończy się jak zwykle, jeszcze to do ciebie nie dotarło? już nie pamiętasz, że takie sytuacje nigdy nie prowadzą do niczego konkretnego? to wszystko się skończy jeszcze zanim na dobre się zacznie. przestań się podniecać. zapomnij. w tym temacie nigdy nie miałaś szczęścia.
zrządzenie losu? nie, to tylko twoja wyobraźnia.
znowu to robisz. znowu się ekscytujesz czymś, co ani w jednym procencie nie jest nawet pewne. znowu bujasz w obłokach i czekasz na bóg-wie-co.
chyba już dawno nie dostałaś porządnego kopa od życia.
zrządzenie losu? nie, to tylko twoja wyobraźnia.
znowu to robisz. znowu się ekscytujesz czymś, co ani w jednym procencie nie jest nawet pewne. znowu bujasz w obłokach i czekasz na bóg-wie-co.
chyba już dawno nie dostałaś porządnego kopa od życia.
like a spell
wystarczą sekundy takiej euforii, aby dać mi zastrzyk niewiarygodnej energii i siły na długo.
wystarczy kilka słów.
wystarczy głupota...
i czuję, że mogę wszystko.
ale jest jeden warunek: potrzebuję regularnych dawek.
wystarczy kilka słów.
wystarczy głupota...
i czuję, że mogę wszystko.
ale jest jeden warunek: potrzebuję regularnych dawek.
Tuesday, 27 July 2010
like never before
po trzech godzinach snu wstałam bez problemu, mimo tego, że moje ciało wciąż pamiętało zmęczenie po minionej nocy. czułam się... inaczej niż zwykle. tak, jak dawno się już nie czułam. czułam, że... czuję. i że moje zarośnięte chaszczami cordis wyraźnie daje o sobie znać.
bo ostatnio odkładam na bok wszystkie moje głębsze emocje, ważniejsze problemy, znaczące przeżycia. nie myślę o nich, niczego nie roztrząsam. koncentruję się na postawionym sobie celu, na przetrwaniu, na walce. działam jak maszyna gotowa sprostać każdej sytuacji, dla której jest zaprogramowana. ratuję się co jakiś czas nocną ucieczką w zapomnienie, by po tym wrócić i znów stanąć na baczność przed życiem.
ale wczoraj... wczoraj była pełnia. wczoraj się złamałam, wczoraj pękłam, wczoraj poczułam. i czuję nadal. próbuję to stłumić, ukryć, odsunąć. ale wypływa samo na powierzchnię wszystkich myśli. nie daje mi spokoju. wiem, że jest słabe. poddam mu się na kilka dni, a potem znów wszystko wróci do normy. albo i nie...
towarzyszą mi radość i cierpienie jednocześnie. czy to normalne?
bo ostatnio odkładam na bok wszystkie moje głębsze emocje, ważniejsze problemy, znaczące przeżycia. nie myślę o nich, niczego nie roztrząsam. koncentruję się na postawionym sobie celu, na przetrwaniu, na walce. działam jak maszyna gotowa sprostać każdej sytuacji, dla której jest zaprogramowana. ratuję się co jakiś czas nocną ucieczką w zapomnienie, by po tym wrócić i znów stanąć na baczność przed życiem.
ale wczoraj... wczoraj była pełnia. wczoraj się złamałam, wczoraj pękłam, wczoraj poczułam. i czuję nadal. próbuję to stłumić, ukryć, odsunąć. ale wypływa samo na powierzchnię wszystkich myśli. nie daje mi spokoju. wiem, że jest słabe. poddam mu się na kilka dni, a potem znów wszystko wróci do normy. albo i nie...
towarzyszą mi radość i cierpienie jednocześnie. czy to normalne?
S.
bach! jedno spojrzenie i ułamek sekundy wystarczył, żeby wywrócić do góry nogami stare, zapleśniałe już uczucia, śpiące sobie spokojnie od miesięcy w mojej głowie. przez tą całą, zaległą stertę jak błyskawica przedarło się coś nowego, świeżego, niespodziewanego. coś, co mnie oślepiło i popchnęło w tamto miejsce. niczym lunatyczka podążyłam drogą wskazaną przez intuicję, nie zastanawiając się ani chwili. bariery runęły natychmiast, a ich miejsce zastąpiła niesamowita chemia. nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz czułam coś podobnego...
Monday, 19 July 2010
guess, what.
[...]
Come on and save me
I’m loosing my touch
Day after day
Cause I miss you so much
Come on and save me
I’m loosing my mind
Waiting and waiting
For you to be mine
[...]
Come on and save me
I’m loosing my touch
Day after day
Cause I miss you so much
Come on and save me
I’m loosing my mind
Waiting and waiting
For you to be mine
[...]
słuchałyśmy dziś razem tej piosenki. uniwersalność jej słów jest niesamowita. chyba każdy mógłby w jakiś sposób wkleić je do scenariusza swojego własnego życia...
poczułam dreszcze. ale były to wyłącznie te nieprzyjemne dreszcze... te, które wywołują lawinę myśli, od których tak pragnę się odgrodzić. i ten dobrze mi znany, bolesny ucisk w środku. tak, znowu. to już się robi nudne, nie?
teraz siedzę sama i słucham tego kawałka po raz kolejny. po raz kolejny gapię się w teledysk. zaczyna się on od... łez. także tych moich.
napisałam właściwie znowu o tym samym, ubierając jedynie w inne słowa. ale tym razem towarzyszy mi to dziwne, natarczywe poczucie, że przecież już nie dla wszystkich ta notka jest kompletnie niezrozumiała.
ale tak szczerze powiedziawszy - jebie mnie to. bo szczyt kompromitacji mam już za sobą.
poczułam dreszcze. ale były to wyłącznie te nieprzyjemne dreszcze... te, które wywołują lawinę myśli, od których tak pragnę się odgrodzić. i ten dobrze mi znany, bolesny ucisk w środku. tak, znowu. to już się robi nudne, nie?
teraz siedzę sama i słucham tego kawałka po raz kolejny. po raz kolejny gapię się w teledysk. zaczyna się on od... łez. także tych moich.
napisałam właściwie znowu o tym samym, ubierając jedynie w inne słowa. ale tym razem towarzyszy mi to dziwne, natarczywe poczucie, że przecież już nie dla wszystkich ta notka jest kompletnie niezrozumiała.
ale tak szczerze powiedziawszy - jebie mnie to. bo szczyt kompromitacji mam już za sobą.
Sunday, 18 July 2010
your heart can speak, just listen to it
z każdym dniem coraz bardziej się przekonuję, że intuicja to mój najlepszy doradca.
Thursday, 15 July 2010
3, 2, 1... action!
Fulham Road. idziemy jak gdyby nigdy nic, rozglądamy się, czasem przyjrzymy się jakiejś wystawie sklepowej, gadamy jak najęte. nagle Wiktoria zauważa kamerę. okazuje się, że po drugiej stronie ulicy mała grupka ludzi kręci scenę, prawdopodobnie do jakiegoś serialu.
a więc my - co? stanęłyśmy i gapimy się, bo czemu nie. ja osobiście widziałam coś takiego pierwszy raz. od razu wyhaczamy producenta. starszy gość, surowa mina, zerka na nas co chwilę, jakby coś mu przeszkadzało. i po chwili już wiedziałyśmy, co.
scena przybiera tempa, a my stajemy jak wryte w chwili, kiedy jedna z aktorek zaczyna biec w naszą stronę. obiektyw nagle zwraca się na nas, a my momentalnie czerwieniejemy jak buraki i ze spuszczonymi głowami przechodzimy szybko na drugą stronę ulicy. tam wybuchamy głośnym śmiechem.
z daleka podglądamy jeszcze, jak ekipa ustawia się do nakręcenia ponownie tej samej sceny, ale w drodze powrotnej wybieramy już nieco inną trasę.
a więc my - co? stanęłyśmy i gapimy się, bo czemu nie. ja osobiście widziałam coś takiego pierwszy raz. od razu wyhaczamy producenta. starszy gość, surowa mina, zerka na nas co chwilę, jakby coś mu przeszkadzało. i po chwili już wiedziałyśmy, co.
scena przybiera tempa, a my stajemy jak wryte w chwili, kiedy jedna z aktorek zaczyna biec w naszą stronę. obiektyw nagle zwraca się na nas, a my momentalnie czerwieniejemy jak buraki i ze spuszczonymi głowami przechodzimy szybko na drugą stronę ulicy. tam wybuchamy głośnym śmiechem.
z daleka podglądamy jeszcze, jak ekipa ustawia się do nakręcenia ponownie tej samej sceny, ale w drodze powrotnej wybieramy już nieco inną trasę.
Tuesday, 13 July 2010
Sunday, 11 July 2010
courage
dawno nie byłam na tamtej stronie. kilka miesięcy, może nawet rok. myślałam, że mi przeszło. jednak nie... nie mogło mi 'przejść', skoro nic się nie zmieniło. to wciąż we mnie jest. przygasło tylko trochę, ale ostatnio budzi się na nowo. znów stopniowo rozchodzi się po moim umyśle.
tamta strona już nie istnieje. szkoda, bo była najlepsza w swoim rodzaju. ale powstało oczywiście mnóstwo innych, nowych o tej tematyce. już dodałam trzy do ulubionych. wiem, że potrafię sama osiągnąć swój cel, ale to dodatkowo pomaga. potrafię, kurwa. kiedyś szło mi świetnie. a poza tym, skoro innym się udaje, to dlaczego mi miałoby się nie udać? to mi dobrze zrobi. i będę miała czym zająć myśli.
podobno nie można wybrać pomiędzy jednym, a drugim. ale ja uważam, że to możliwe, jeśli się ma bardzo silną wolę i tak dobrze się to sobie wmówi, że zadziała. będę próbować.
***
w sierpniu miną trzy lata. na początku nie sądziłam, że będzie to trwało chociażby jeden rok...
tamta strona już nie istnieje. szkoda, bo była najlepsza w swoim rodzaju. ale powstało oczywiście mnóstwo innych, nowych o tej tematyce. już dodałam trzy do ulubionych. wiem, że potrafię sama osiągnąć swój cel, ale to dodatkowo pomaga. potrafię, kurwa. kiedyś szło mi świetnie. a poza tym, skoro innym się udaje, to dlaczego mi miałoby się nie udać? to mi dobrze zrobi. i będę miała czym zająć myśli.
podobno nie można wybrać pomiędzy jednym, a drugim. ale ja uważam, że to możliwe, jeśli się ma bardzo silną wolę i tak dobrze się to sobie wmówi, że zadziała. będę próbować.
***
w sierpniu miną trzy lata. na początku nie sądziłam, że będzie to trwało chociażby jeden rok...
Saturday, 10 July 2010
sześćdziesiąt na minusie
mój żałosny brak asertywności dał mi się dzisiaj boleśnie we znaki. jestem k*wa zbyt uprzejma dla tych wszystkich ludzi.
je*ać irlandczyków! razem z ich ch*jowym akcentem. aaargh.
je*ać irlandczyków! razem z ich ch*jowym akcentem. aaargh.
Thursday, 8 July 2010
casuality is trendy
nie dostrzegam ani nie odczuwam tutaj absolutnie żadnego lansu. oczywiście zdarzają się dziwadła ubrane jak przybysze z kosmosu albo odległej przeszłości, ale jest to raczej kwestia niezrównoważenia psychicznego, niż chęci zabłyśnięcia metkami.
większość tutejszych mieszkańców ubiera się zupełnie zwyczajnie. i mam tu na myśli zarówno ludzi z centrum, jak i tych, którzy mieszkają w dalszych częściach miasta [oczywiście turyści to inna sprawa]. może to dlatego, że te marki, które w Warszawie są lanserskie, tutaj uchodzą za wręcz pospolite. no pewnie, że są osoby, na których miło jest zawiesić oko, ale to dlatego że są po prostu ładne i mają dobry gust, a nie dlatego, że usilnie chcą się wyróżnić.
dopisuję to do listy pozytywów.
większość tutejszych mieszkańców ubiera się zupełnie zwyczajnie. i mam tu na myśli zarówno ludzi z centrum, jak i tych, którzy mieszkają w dalszych częściach miasta [oczywiście turyści to inna sprawa]. może to dlatego, że te marki, które w Warszawie są lanserskie, tutaj uchodzą za wręcz pospolite. no pewnie, że są osoby, na których miło jest zawiesić oko, ale to dlatego że są po prostu ładne i mają dobry gust, a nie dlatego, że usilnie chcą się wyróżnić.
dopisuję to do listy pozytywów.
Wednesday, 7 July 2010
kilka myśli wybranych III
***
minął tydzień. szybko. zbyt szybko.
***
miałam już trzy propozycje małżeństwa i kilka tych dotyczących związku, ale o kandydatach lepiej nie będę wspominać.
***
chyba staję się rasistką. a już arabo-pakistańczyko-hinduso-itp-fobie mam od dawna.
***
w radiu the hits lecą co prawda głównie tylko te najbardziej znane hity, jak sama nazwa wskazuje, ale żeby słyszeć tą samą piosenkę dwieście razy w ciągu dnia, to już lekka przesada.
***
starbaksów jest tutaj nawalone tyle, co coffeehewenów w warszawie.
***
zgubiłam kartę sim z moim numerem w orange. a to bardzo bardzo źle.
***
czas zaplanować wyprawę na wyprzedaże!
minął tydzień. szybko. zbyt szybko.
***
miałam już trzy propozycje małżeństwa i kilka tych dotyczących związku, ale o kandydatach lepiej nie będę wspominać.
***
chyba staję się rasistką. a już arabo-pakistańczyko-hinduso-itp-fobie mam od dawna.
***
w radiu the hits lecą co prawda głównie tylko te najbardziej znane hity, jak sama nazwa wskazuje, ale żeby słyszeć tą samą piosenkę dwieście razy w ciągu dnia, to już lekka przesada.
***
starbaksów jest tutaj nawalone tyle, co coffeehewenów w warszawie.
***
zgubiłam kartę sim z moim numerem w orange. a to bardzo bardzo źle.
***
czas zaplanować wyprawę na wyprzedaże!
Tuesday, 6 July 2010
50p
powiedział, że jestem ładna i mam śliczny nos. kurwa, ja pierdolę. ja i 'śliczny nos' to mamy tyle wspólnego, co marchewka z bitą śmietaną.
oj polubiłam go za to bardzo. był niezwykle przyjazny i nie taki nachalny jak te wszystkie arabusy. gadało nam się świetnie i nawet mu dałam mój numer, a co mi tam, zasłużył! mimo tego, że był czarnoskóry, niski i generalnie nie w moim typie. pewnie i tak już nigdy się nie spotkamy.
oj polubiłam go za to bardzo. był niezwykle przyjazny i nie taki nachalny jak te wszystkie arabusy. gadało nam się świetnie i nawet mu dałam mój numer, a co mi tam, zasłużył! mimo tego, że był czarnoskóry, niski i generalnie nie w moim typie. pewnie i tak już nigdy się nie spotkamy.
blondynka w jeszcze większym mieście
mój blondynizm nie zna granic. taaak, znowu się popisałam.
a było to tak: musiałam wrócić do domu nocnym autobusem z jedną przesiadką. wskazówki miałam zapisane, więc myślę - spoko, dam radę bez problemów.
a było to tak: musiałam wrócić do domu nocnym autobusem z jedną przesiadką. wskazówki miałam zapisane, więc myślę - spoko, dam radę bez problemów.
miałam się przesiąść na Victoria Station z c10 do n11. okej, pikuś. wysiadam, rozglądam się: kilka autobusów i trochę ludzi, jakiś sklep z zapiekankami. niedaleko stacja metra. wylookałam przystanek n11, super. poszłam sprawdzić godzinę, zostało mi 17 minut. no to pospacerowałam sobie w te i we wte, pogadałam sobie z bardzo fajnym gościem, aż zobaczyłam nadjeżdżające n11. pożegnałam się z nim i wskoczyłam na górę autobusu, żeby lepiej widzieć. jadę sobie spokojnie i wypatruję znajomych okolic, aż tu nagle... koniec trasy! i bynajmniej nie z tej strony co trzeba. [tak, już można się śmiać] bo oczywiście bardzo mądrze nie pofatygowałam się, żeby sprawdzić, jak dokładnie jedzie ten autobus i czy wsiadam w dobrym miejscu. brawa dla mnie. przez pierwsze pół minuty oczywiście panika: gdzie ja kurwa jestem i co ja kurwa teraz zrobię?! ale na szczęście bardzo niecierpliwy, aczkolwiek pomocny pan kierowca wytłumaczył mi, że powinnam była wsiąść w innym miejscu stacji, ale że mogę się wrócić na tym samym bilecie. uff. no bo co, jednorazowy kosztuje 2 funty, to przecież zdzierstwo niesamowite!
i tym sposobem na miejscu byłam nie po godzinie, lecz po dwóch. woohoo.
Monday, 5 July 2010
czerwona czternastka
no przecież jako rasowa blondynka musiałam się już gdzieś zgubić!
tak się podjarałam jazdą tym zajebistym dwupiętrowym autobusem, że nie przyłożyłam się wystarczająco do zapamiętania przystanku, z którego wyruszyłam. i tak w drodze powrotnej zajechałam o wieeele za daleko. na szczęście miałam przy sobie błogosławioną mapę, a właściwie jej wymięty fragmencik i po ochłonięciu z przerażenia jakoś się w końcu odnalazłam. postanowiłam wracać piechotą, mimo iż wiedziałam, że czeka mnie spory kawał drogi. ale potraktowałam to jako 'szybki spacer' i dzięki niemu udało mi się podejrzeć trochę nocne życie okolic Chelsea. po drodze - standardowo - musiałam spławić jakiegoś nachalnego egipcjanina. dotarłam przed 12 w nocy i padłam na łóżko ledwie żywa, ale szczęśliwa.
tak się podjarałam jazdą tym zajebistym dwupiętrowym autobusem, że nie przyłożyłam się wystarczająco do zapamiętania przystanku, z którego wyruszyłam. i tak w drodze powrotnej zajechałam o wieeele za daleko. na szczęście miałam przy sobie błogosławioną mapę, a właściwie jej wymięty fragmencik i po ochłonięciu z przerażenia jakoś się w końcu odnalazłam. postanowiłam wracać piechotą, mimo iż wiedziałam, że czeka mnie spory kawał drogi. ale potraktowałam to jako 'szybki spacer' i dzięki niemu udało mi się podejrzeć trochę nocne życie okolic Chelsea. po drodze - standardowo - musiałam spławić jakiegoś nachalnego egipcjanina. dotarłam przed 12 w nocy i padłam na łóżko ledwie żywa, ale szczęśliwa.
Sunday, 4 July 2010
shopaholic's paradise
byłam wniebowzięta, kiedy odkryłam, że mam zaledwie około 20min piechotą do Harrodsa! tym bardziej, że w pobliżu są trzy zajebiste muzea, które chcę zobaczyć jeszcze raz. a stamtąd rzut beretem na Piccadilly!
odkrycia tego dokonałam zupełnie przypadkowo, kiedy szłam wzdłuż Fulham Road zupełnie nieświadoma, że to wcale nie jest tak daleko, jak mi się wydawało. nagle ulica stała się bardziej ruchliwa, przybyło kafejek i restauracji oraz tych zabytkowych, czerwonych budek telefonicznych, które są tylko w okolicach centrum. a po chwili na horyzoncie pojawił się tak uwielbiany przez moje oczy olbrzymi, piękny budynek, który poznałam od razu. jęknęłam w duchu z zachwytu. tysiące sklepów każdego rodzaju. od spożywczych, poprzez wyposażenie domu i ogrodu, elektronikę, zabawki, książki, płyty, gazety, etc (chyba nigdzie na świecie nie istnieje większy empik), narzędzia, pamiątki oraz wszystko, co potrzebne na ślub, aż po najbardziej pożądane przez zakupoholików wielkie sklepy z butami, ubraniami, biżuterią i akcesoriami. ale ze względu na ograniczony czas, postanowiłam wizytę w tym cudownym miejscu zostawić na później. na to trzeba poświęcić cały dzień.
odkrycia tego dokonałam zupełnie przypadkowo, kiedy szłam wzdłuż Fulham Road zupełnie nieświadoma, że to wcale nie jest tak daleko, jak mi się wydawało. nagle ulica stała się bardziej ruchliwa, przybyło kafejek i restauracji oraz tych zabytkowych, czerwonych budek telefonicznych, które są tylko w okolicach centrum. a po chwili na horyzoncie pojawił się tak uwielbiany przez moje oczy olbrzymi, piękny budynek, który poznałam od razu. jęknęłam w duchu z zachwytu. tysiące sklepów każdego rodzaju. od spożywczych, poprzez wyposażenie domu i ogrodu, elektronikę, zabawki, książki, płyty, gazety, etc (chyba nigdzie na świecie nie istnieje większy empik), narzędzia, pamiątki oraz wszystko, co potrzebne na ślub, aż po najbardziej pożądane przez zakupoholików wielkie sklepy z butami, ubraniami, biżuterią i akcesoriami. ale ze względu na ograniczony czas, postanowiłam wizytę w tym cudownym miejscu zostawić na później. na to trzeba poświęcić cały dzień.
Friday, 2 July 2010
kilka myśli wybranych II
***
niektórzy ludzie nie mają kończyn i są chorzy na Downa, a ja przejmuję się jakimiś głupotami.
***
mam niesamowity widok z okna na Tamizę.
***
jest tu mnóstwo grubych ludzi. nieźle się można dowartościować. ale muszę przyznać, że ich wygląd mnie nie dziwi, kiedy fast food widzę na każdym rogu, a w sklepach spożywczych największe półki to są te ze słodyczami.
***
w funciaku znalazłam dzwonek rowerowy z napisem "I <3 my bike". jeśli tam wrócę jeszcze, to go kupię, jest mega.
***
momentami czuję się jak automat wykonujący zaprogramowane z góry dla niego czynności. wciąż nie wszystko do mnie dociera. ale cieszę się każdą minutą spędzoną tutaj. tak długo na to czekałam, że wydaje mi się to snem.
niektórzy ludzie nie mają kończyn i są chorzy na Downa, a ja przejmuję się jakimiś głupotami.
***
mam niesamowity widok z okna na Tamizę.
***
jest tu mnóstwo grubych ludzi. nieźle się można dowartościować. ale muszę przyznać, że ich wygląd mnie nie dziwi, kiedy fast food widzę na każdym rogu, a w sklepach spożywczych największe półki to są te ze słodyczami.
***
w funciaku znalazłam dzwonek rowerowy z napisem "I <3 my bike". jeśli tam wrócę jeszcze, to go kupię, jest mega.
***
momentami czuję się jak automat wykonujący zaprogramowane z góry dla niego czynności. wciąż nie wszystko do mnie dociera. ale cieszę się każdą minutą spędzoną tutaj. tak długo na to czekałam, że wydaje mi się to snem.
no jeszcze czego
"odpierdol się głupia dziwko!" - przeklęłam w myślach, jak to zobaczyłam. ale po chwili opanowałam się i przypomniałam sobie, że już nie powinno mnie to obchodzić. tak, mam gdzieś. i będę siebie do tego przekonywać tak długo, aż w końcu w to uwierzę.
Thursday, 1 July 2010
the meaning of things
"There is only one person this photo will make sense to.
Funny, the way that these things were just things a few days ago...but the minute she left, these same things take on an entirely different meaning."
nie moje, ale mi się spodobało.
wszyscy potrafimy przywiązywać się do rzeczy. byle jaki przedmiot może w sekundę stać się najcenniejszym skarbem, jeśli jest rekwizytem w sytuacji, której nie zapomnimy do końca życia.
mam kilka takich śmieci. papierową trąbkę urodzinową, kawałek sreberka, stare pocztówki, listy, amulet z kłem jakiegoś zwierzęcia, przywłaszczoną książkę, szpilkę, najróżniejsze papiery, a nawet małe, puste opakowania. tych rzeczy nigdy nie gubię.
Funny, the way that these things were just things a few days ago...but the minute she left, these same things take on an entirely different meaning."
nie moje, ale mi się spodobało.
wszyscy potrafimy przywiązywać się do rzeczy. byle jaki przedmiot może w sekundę stać się najcenniejszym skarbem, jeśli jest rekwizytem w sytuacji, której nie zapomnimy do końca życia.
mam kilka takich śmieci. papierową trąbkę urodzinową, kawałek sreberka, stare pocztówki, listy, amulet z kłem jakiegoś zwierzęcia, przywłaszczoną książkę, szpilkę, najróżniejsze papiery, a nawet małe, puste opakowania. tych rzeczy nigdy nie gubię.
I'm good, I'm gone
nie sądziłam, że dokonam takiego postanowienia, ale wiem, że postąpię słusznie. ale tylko dla siebie. należy mi się wreszcie trochę egoizmu. i powinnam tak zrobić już dawno, bo nie można przecież ciągle żyć złudzeniem, to chore.
nie będzie mi łatwo, ale czuję się dobrze z moimi zamiarami. prawdopodobnie zostaną one wystawione na ciężką próbę czasu, ale nie mogę się poddać.
nie chcę stąd wracać.
i... już nie płakałam przy piosence The Park.
nie będzie mi łatwo, ale czuję się dobrze z moimi zamiarami. prawdopodobnie zostaną one wystawione na ciężką próbę czasu, ale nie mogę się poddać.
nie chcę stąd wracać.
i... już nie płakałam przy piosence The Park.
kilka myśli wybranych
***
puchate obłoczki pędziły po niebie jak stado bielutkich baranków. poczułam się jak w bajce.
***
wiedziałam, że wysiądę nie na tym przystanku, co trzeba. na szczęście, problem szybko się rozwiązał i jak na razie pozostał jedynym, jaki mnie spotkał. aczkolwiek wcale nie żałuję tej pomyłki, bo kiedy wysiadłam, moim oczom ukazał się nieziemski widok czterech pięknych obiektów płci męskiej, którymi przez kilka minut mogłam cieszyć oczy. byłam wniebowzięta.
***
jadąc z lotniska na Victoria's Station, mijałam ulicę, którą poznałam od razu. kiedy ujrzałam długi rząd wspaniałych, ogromnych, krzyczących sklepów z ciuchami, na których widniał jeden z moich ulubionych wyrazów: SALES, wiedziałam, że jest to Oxford Street. serce mi urosło i poczułam, że jestem we właściwym miejscu.
***
pierwsze wrażenie: chcę do domu.
drugie wrażenie: jest megazajebiście. wracam tu za rok.
***
tu wszystko nawet pachnie inaczej.
***
uwielbiam angielski akcent! mimo, że ciężko go zrozumieć.
***
przeraża mnie komunikacja miejska.
***
problemy zostawiłam w Polsce, ale emocji niestety nie byłam w stanie. udaje mi się jednak nie myśleć o pewnych rzeczach zbyt wiele. na szczęście nie mam na to czasu. dzięki temu mniej boli.
puchate obłoczki pędziły po niebie jak stado bielutkich baranków. poczułam się jak w bajce.
***
wiedziałam, że wysiądę nie na tym przystanku, co trzeba. na szczęście, problem szybko się rozwiązał i jak na razie pozostał jedynym, jaki mnie spotkał. aczkolwiek wcale nie żałuję tej pomyłki, bo kiedy wysiadłam, moim oczom ukazał się nieziemski widok czterech pięknych obiektów płci męskiej, którymi przez kilka minut mogłam cieszyć oczy. byłam wniebowzięta.
***
jadąc z lotniska na Victoria's Station, mijałam ulicę, którą poznałam od razu. kiedy ujrzałam długi rząd wspaniałych, ogromnych, krzyczących sklepów z ciuchami, na których widniał jeden z moich ulubionych wyrazów: SALES, wiedziałam, że jest to Oxford Street. serce mi urosło i poczułam, że jestem we właściwym miejscu.
***
pierwsze wrażenie: chcę do domu.
drugie wrażenie: jest megazajebiście. wracam tu za rok.
***
tu wszystko nawet pachnie inaczej.
***
uwielbiam angielski akcent! mimo, że ciężko go zrozumieć.
***
przeraża mnie komunikacja miejska.
***
problemy zostawiłam w Polsce, ale emocji niestety nie byłam w stanie. udaje mi się jednak nie myśleć o pewnych rzeczach zbyt wiele. na szczęście nie mam na to czasu. dzięki temu mniej boli.
Subscribe to:
Posts (Atom)