skrajności.
silne emocje, nieprzewidywalni ludzie, mocne smaki, nieprzespane noce, przepełnione dni.
skrajności utrzymują mnie przy życiu. codziennie coś musi mnie nakręcać, wtedy pędzę do przodu i czerpię satysfakcję z życia. nawet jeśli emocje są przykre, ludzie okropni, a z nawałem pracy nie daję sobie radę. wiem, że po gorszym okresie zawsze nadchodzi ten dobry, kiedy to wszystko jest pozytywne. na tym to polega. nie potrafiłabym tkwić ciągle w tym samym miejscu, bo chyba bym oszalała. i współczuję ludziom, którzy są zbyt leniwi, żeby podjąć ryzyko i rzucić się w wir prawdziwego życia tylko dlatego, że teraz jest im wygodniej, łatwiej i bezpieczniej.
Sunday, 30 October 2011
Friday, 28 October 2011
don't say. just do.
nie rób tego. nie składaj mi więcej pięknych pseudo-obietnic o niekreślonym czasie na spełnienie, które służą tylko po to, żeby je łamać. nie rób tego, bo to boli najbardziej. potrafię dobrze to ukryć i udawać, że mało mnie to obchodzi. ale każdej, dosłownie każdej takiej obietnicy chwytam się desperacko z nadzieją, że nie wyląduje ona w śmietniku obok sterty tych poprzednich.
Monday, 24 October 2011
oh so naive
zawsze jest dobrze tylko do 'następnego razu'.
najpierw przez kilka dni wściekam się na swoją głupotę, a ta wściekłość szczęśliwie powstrzymuje mnie od kolejnych głupich działań. i trzymam się nawet nieźle. zajmuję sobie myśli najrozmaitszymi drobiazgami, robię coś produktywnego, nadrabiam jakieś zaległości. to nie w moim stylu, żeby wegetować w domu i bardziej się pogrążać. ale kiedy już czuję, że odzyskuję swoją godność i równowagę emocjonalną, to nadarza się kolejna okazja, żeby znowu to spieprzyć.
znowu słucham pięknych słów i znowu w nie wierzę. znowu nie mogę się powstrzymać. znowu topnieję i odpuszczam zdecydowanie za szybko. znowu staram się zrobić wszystko, żeby się udało. i znowu głupio się uśmiecham na sam dźwięk tego głosu.
stop me!
najpierw przez kilka dni wściekam się na swoją głupotę, a ta wściekłość szczęśliwie powstrzymuje mnie od kolejnych głupich działań. i trzymam się nawet nieźle. zajmuję sobie myśli najrozmaitszymi drobiazgami, robię coś produktywnego, nadrabiam jakieś zaległości. to nie w moim stylu, żeby wegetować w domu i bardziej się pogrążać. ale kiedy już czuję, że odzyskuję swoją godność i równowagę emocjonalną, to nadarza się kolejna okazja, żeby znowu to spieprzyć.
znowu słucham pięknych słów i znowu w nie wierzę. znowu nie mogę się powstrzymać. znowu topnieję i odpuszczam zdecydowanie za szybko. znowu staram się zrobić wszystko, żeby się udało. i znowu głupio się uśmiecham na sam dźwięk tego głosu.
stop me!
Saturday, 22 October 2011
Friday, 21 October 2011
can't get you outta my head
to zadziwiające, jak bardzo jeden mały drobiazg może poprawić humor. dziś wystarczyło mi tylko 'usłyszenie' tego uśmiechu przez telefon, krótka wymiana zdań i magiczne 'do jutra'. przez resztę dnia miałam cudownie spokojny nastrój i czułam się tak, jakby coś mnie ogrzewało w środku.
zaczyna do mnie docierać przyczyna tego, co się ostatnio ze mną i we mnie dzieje. jednak ciągle uparcie nie chcę się do tego przed sobą przyznać. nie wiem, do czego może to prowadzić, ale wiem, że jest mocno niewłaściwe. a ja nie umiem się zatrzymać. jednocześnie skręca mnie z ciekawości i ze strachu. wciąż ryzykuję kolejne kroki do przodu, bo każdy kolejny jest jeszcze bardziej ekscytujący od poprzedniego. za każdym razem nie mam pojęcia, czego się spodziewać i chyba dlatego tak zaczyna mnie to wciągać. a co gorsze, nie mogę się wygadać, chociaż potok słów i nieuczesanych myśli aż ciśnie mi się do gardła.
zaczyna do mnie docierać przyczyna tego, co się ostatnio ze mną i we mnie dzieje. jednak ciągle uparcie nie chcę się do tego przed sobą przyznać. nie wiem, do czego może to prowadzić, ale wiem, że jest mocno niewłaściwe. a ja nie umiem się zatrzymać. jednocześnie skręca mnie z ciekawości i ze strachu. wciąż ryzykuję kolejne kroki do przodu, bo każdy kolejny jest jeszcze bardziej ekscytujący od poprzedniego. za każdym razem nie mam pojęcia, czego się spodziewać i chyba dlatego tak zaczyna mnie to wciągać. a co gorsze, nie mogę się wygadać, chociaż potok słów i nieuczesanych myśli aż ciśnie mi się do gardła.
Wednesday, 19 October 2011
don't tell her what we've done
kropelka po kropelce. powoli, lecz skutecznie jak trucizna, która po wdarciu się do naczyń krwionośnych, opanowuje stopniowo całe ciało i podstępem przejmuje kontrolę nad sercem i mózgiem.
tak działam. kroczek po kroczku. rozsiewam coraz więcej siebie tam, gdzie nie powinnam. zdarza mi się to w życiu już trzeci raz, ale po raz pierwszy robię to w pełni świadomie. gram coraz odważniej, mimo że grzeszę już samym myśleniem o tym. ale nie potrafię przestać... siła targających mną emocji jest wręcz obezwładniająca. a dawno, bardzo dawno nikt tak na mnie nie działał.
tak działam. kroczek po kroczku. rozsiewam coraz więcej siebie tam, gdzie nie powinnam. zdarza mi się to w życiu już trzeci raz, ale po raz pierwszy robię to w pełni świadomie. gram coraz odważniej, mimo że grzeszę już samym myśleniem o tym. ale nie potrafię przestać... siła targających mną emocji jest wręcz obezwładniająca. a dawno, bardzo dawno nikt tak na mnie nie działał.
Monday, 17 October 2011
headfuck thing
dźwięk smsa.
jeszcze zanim dotknęłam telefonu, poczułam coś przyjemnie ciepłego w brzuchu. był ostatnią osobą, od której spodziewałam się wiadomości, ale pierwszą, od której pragnęłam odrobiny uwagi. nawet nie miał pojęcia, jak ogromny uśmiech na mojej twarzy wywołał tymi kilkoma głupimi słowami. odchyliłam się do tyłu na łóżku i leżałam tak przez dłuższą chwilę patrząc w sufit, żeby należycie nacieszyć się tym momentem. ułożyłam sobie w głowie odpowiedź i po przeanalizowaniu jej dwadzieścia razy, wysłałam. zawsze za szybko mu odpisuję.
jeszcze zanim dotknęłam telefonu, poczułam coś przyjemnie ciepłego w brzuchu. był ostatnią osobą, od której spodziewałam się wiadomości, ale pierwszą, od której pragnęłam odrobiny uwagi. nawet nie miał pojęcia, jak ogromny uśmiech na mojej twarzy wywołał tymi kilkoma głupimi słowami. odchyliłam się do tyłu na łóżku i leżałam tak przez dłuższą chwilę patrząc w sufit, żeby należycie nacieszyć się tym momentem. ułożyłam sobie w głowie odpowiedź i po przeanalizowaniu jej dwadzieścia razy, wysłałam. zawsze za szybko mu odpisuję.
Wednesday, 12 October 2011
on the edge
to wszystko jest jak codzienna walka. jak spacer po krawędzi. panicznie boję się utraty kontroli, ale kiedy widzę, że mi się wyślizguje, to na złość sobie jeszcze bardziej pogarszam sprawę. i robię kolejne postanowienia, które znowu łamię.
czas odkopać zapasy siły wewnętrznej, bo mam już dość wojowania z samą sobą. to koszmarnie wyczerpujące, a ja niestety jestem podatna na złe rzeczy. chyba brak mi mocnego fundamentu, na którym mogłabym oprzeć swoją motywację, bo nie potrafię poprawić wszystkiego na raz. zawsze coś ulepszam kosztem czegoś innego, dlatego ciągle w ten czy inny sposób sobie szkodzę. zmęczyłam się już tym. dosyć.
czas odkopać zapasy siły wewnętrznej, bo mam już dość wojowania z samą sobą. to koszmarnie wyczerpujące, a ja niestety jestem podatna na złe rzeczy. chyba brak mi mocnego fundamentu, na którym mogłabym oprzeć swoją motywację, bo nie potrafię poprawić wszystkiego na raz. zawsze coś ulepszam kosztem czegoś innego, dlatego ciągle w ten czy inny sposób sobie szkodzę. zmęczyłam się już tym. dosyć.
Saturday, 8 October 2011
folie à deux
to wciąga. uzależnia jak narkotyk. sprawia, że ciągle czeka się na kolejny raz i myśli o tym godzinami.
mhm. zabrzmiało trochę jak o seksie. ale to blisko, bo mam na myśli pożądanie. takie niespełnione, dręczące, nie dające spokoju. uzależniające od tej osoby.
dziś zatopiłam się w nim myślami. powędrowały tam same, natchnione muzyką i przesuwającymi się obrazami za szybą. siedziałam w autokarze jadąc do Olsztyna i słuchając dawno nieodtwarzanego przeze mnie Mike'a Oldfielda. pogoda zdążyła zmienić się kilka razy podczas tych trzech godzin. raz ciepłe promienie słońca tańczyły na liściach drzew, które przebierały się widowiskowo w złote barwy, raz szare chmury dzielnie władały niebem, nie szczędząc opadów deszczu. przez moment pojawił się nawet delikatny zarys tęczy.
w pewnej chwili zamknęłam oczy, żeby nadać więcej ostrości wspomnieniom, które odtwarzałam w głowie już od godziny. jedna chwila po drugiej, chronologicznie. dokładnie. rozkoszowałam się każdym obrazem. na mojej twarzy mimowolnie pojawiał się uśmiech. i od początku, jeszcze, jeszcze. poczułam, jak delikatny dreszcz przeszedł po moim ciele, a na skórze wystąpiła gęsia skórka. jednocześnie w środku było mi ciepło. znów słyszałam jego słowa szeptane mi do ucha tak, jakby był obok. znów czułam na sobie jego subtelny, lecz iskrzący dotyk. znów widziałam ten szelmowski uśmiech. znów posmakowałam jego ust.
puściłam wodze wyobraźni i zaczęłam reżyserować nowe sceny. delektowałam się ich bezwstydnością. były tylko moje. w pewnym momencie muzyka zsynchronizowała się z moimi myślami w rosnącym napięciu, najpierw powoli, a potem coraz szybciej i szybciej... musiałam zacisnąć dłonie na ipodzie, żeby powstrzymać je od drżenia. rytm gęstniał, dźwięk narastał, a w mojej wyobraźni byliśmy wreszcie sami, po raz pierwszy. kiedy nasze usta się zetknęły, w utworze nastąpił punkt kulminacyjny, a po moim ciele rozlała się przyjemność.
otworzyłam oczy. po chwili znów patrzyłam w okno, starając się pozbyć nasyconych pożądaniem myśli, które doprowadzają mnie już do szaleństwa.
mhm. zabrzmiało trochę jak o seksie. ale to blisko, bo mam na myśli pożądanie. takie niespełnione, dręczące, nie dające spokoju. uzależniające od tej osoby.
dziś zatopiłam się w nim myślami. powędrowały tam same, natchnione muzyką i przesuwającymi się obrazami za szybą. siedziałam w autokarze jadąc do Olsztyna i słuchając dawno nieodtwarzanego przeze mnie Mike'a Oldfielda. pogoda zdążyła zmienić się kilka razy podczas tych trzech godzin. raz ciepłe promienie słońca tańczyły na liściach drzew, które przebierały się widowiskowo w złote barwy, raz szare chmury dzielnie władały niebem, nie szczędząc opadów deszczu. przez moment pojawił się nawet delikatny zarys tęczy.
w pewnej chwili zamknęłam oczy, żeby nadać więcej ostrości wspomnieniom, które odtwarzałam w głowie już od godziny. jedna chwila po drugiej, chronologicznie. dokładnie. rozkoszowałam się każdym obrazem. na mojej twarzy mimowolnie pojawiał się uśmiech. i od początku, jeszcze, jeszcze. poczułam, jak delikatny dreszcz przeszedł po moim ciele, a na skórze wystąpiła gęsia skórka. jednocześnie w środku było mi ciepło. znów słyszałam jego słowa szeptane mi do ucha tak, jakby był obok. znów czułam na sobie jego subtelny, lecz iskrzący dotyk. znów widziałam ten szelmowski uśmiech. znów posmakowałam jego ust.
puściłam wodze wyobraźni i zaczęłam reżyserować nowe sceny. delektowałam się ich bezwstydnością. były tylko moje. w pewnym momencie muzyka zsynchronizowała się z moimi myślami w rosnącym napięciu, najpierw powoli, a potem coraz szybciej i szybciej... musiałam zacisnąć dłonie na ipodzie, żeby powstrzymać je od drżenia. rytm gęstniał, dźwięk narastał, a w mojej wyobraźni byliśmy wreszcie sami, po raz pierwszy. kiedy nasze usta się zetknęły, w utworze nastąpił punkt kulminacyjny, a po moim ciele rozlała się przyjemność.
otworzyłam oczy. po chwili znów patrzyłam w okno, starając się pozbyć nasyconych pożądaniem myśli, które doprowadzają mnie już do szaleństwa.
Thursday, 6 October 2011
zakazany owoc
pragnęłam tego całą sobą. moje ciało podświadomie wysyłało pozytywne sygnały, ruchy nabierały więcej gracji, a koncentracja była wyostrzona mimo późnej pory.
wiedziałam jednak, że mi nie wolno. nie mogę niczego zrobić, choćby nie wiem co. to byłoby podłe.
ale coś wisiało w powietrzu. czułam te subtelne wibracje, czułam iskierki nawet przy przypadkowym zetknięciu się ciał. jego dotyk zostawiał na mnie przyjemne ślady, które potem uważnie analizowałam. nie miałam odwagi zbyt długo patrzeć mu w oczy, ale pamiętam każdy szczegół jego twarzy. w moim wnętrzu toczyła się zacięta walka pomiędzy moimi przekonaniami i zasadami, a nieodpartym pożądaniem. mój rozum wygrywał dotąd, aż... dostałam to, czego tak bardzo chciałam, nie podejmując własnej inicjatywy. czy zwalnia mnie to z wyrzutów sumienia? nie wiem. nie zastanawiam się nad tym. wciąż delektuję się wspomnieniem cudownego smaku zakazanego owocu.
wiedziałam jednak, że mi nie wolno. nie mogę niczego zrobić, choćby nie wiem co. to byłoby podłe.
ale coś wisiało w powietrzu. czułam te subtelne wibracje, czułam iskierki nawet przy przypadkowym zetknięciu się ciał. jego dotyk zostawiał na mnie przyjemne ślady, które potem uważnie analizowałam. nie miałam odwagi zbyt długo patrzeć mu w oczy, ale pamiętam każdy szczegół jego twarzy. w moim wnętrzu toczyła się zacięta walka pomiędzy moimi przekonaniami i zasadami, a nieodpartym pożądaniem. mój rozum wygrywał dotąd, aż... dostałam to, czego tak bardzo chciałam, nie podejmując własnej inicjatywy. czy zwalnia mnie to z wyrzutów sumienia? nie wiem. nie zastanawiam się nad tym. wciąż delektuję się wspomnieniem cudownego smaku zakazanego owocu.
Subscribe to:
Posts (Atom)