to zabawne, jak bardzo ludzie dający się pokroić za swoją szczerość i napiętnujący każdy możliwy przejaw hipokryzji okazują się być obłudni. to już nawet nie boli. stoję z boku i śmieję się z Was. z Was i Waszych gierek, które wydają Wam się nieziemsko inteligentne i wyrafinowane. stoję z boku i bawię się wyśmienicie.
Friday, 31 December 2010
Tuesday, 28 December 2010
Friday, 24 December 2010
the new perspective
powtórka ze scenariusza? powodzenia!
a tak naprawdę, to chce mi się śmiać.
*
przypomniałam sobie dziś o niej... przypomniałam sobie, jak z czasem przestałam jej zazdrościć. i chociaż nigdy nie mogłam mieć tego, co ona, to momentami czułam się nawet 'lepsza'. a teraz wylądowałam dokładnie na tej samej półce.
czytam jej słowa i po raz kolejny stwierdzam, że pisze świetnie. a właściwie: pisała, bo przestała już kilka miesięcy temu. szkoda. dlaczego w ogóle tyle o niej myślę? nigdy nie była nikim znaczącym w moim życiu. ale naszła mnie dziwna ochota na rozmowę z nią i odezwałabym się do niej, gdybym tylko miała odwagę.
*
śniła mi się dzisiaj nienawiść w różnych formach i jeszcze bardziej utwierdziło mnie to w przekonaniu, że nie powinnam robić tego, co planowałam wcześniej.
*
otworzyłam oczy i przestałam wreszcie topić się w starych złudzeniach. a pod grubą warstwą mieszanych uczuć odnalazłam... ulgę. tak, jakbym pozbyła się pewnego ciężaru. potrzebuję jeszcze czasu, aby się w pełni do tego odczucia przekonać, ale wydaje mi się, że to jest właśnie właściwy kierunek.
a tak naprawdę, to chce mi się śmiać.
*
przypomniałam sobie dziś o niej... przypomniałam sobie, jak z czasem przestałam jej zazdrościć. i chociaż nigdy nie mogłam mieć tego, co ona, to momentami czułam się nawet 'lepsza'. a teraz wylądowałam dokładnie na tej samej półce.
czytam jej słowa i po raz kolejny stwierdzam, że pisze świetnie. a właściwie: pisała, bo przestała już kilka miesięcy temu. szkoda. dlaczego w ogóle tyle o niej myślę? nigdy nie była nikim znaczącym w moim życiu. ale naszła mnie dziwna ochota na rozmowę z nią i odezwałabym się do niej, gdybym tylko miała odwagę.
*
śniła mi się dzisiaj nienawiść w różnych formach i jeszcze bardziej utwierdziło mnie to w przekonaniu, że nie powinnam robić tego, co planowałam wcześniej.
*
otworzyłam oczy i przestałam wreszcie topić się w starych złudzeniach. a pod grubą warstwą mieszanych uczuć odnalazłam... ulgę. tak, jakbym pozbyła się pewnego ciężaru. potrzebuję jeszcze czasu, aby się w pełni do tego odczucia przekonać, ale wydaje mi się, że to jest właśnie właściwy kierunek.
Wednesday, 22 December 2010
byle szybciej
usycha. słabnie. łamie się. jak trzcina.
to boli.
a sny co noc o wszystkim przypominają, myśli wciąż nachodzą, pamięć regularnie się odświeża. czas? ale ile czasu, do cholery, potrzeba...?
to boli.
a sny co noc o wszystkim przypominają, myśli wciąż nachodzą, pamięć regularnie się odświeża. czas? ale ile czasu, do cholery, potrzeba...?
Sunday, 19 December 2010
Friday, 17 December 2010
International English Language Testing System
czwarty grudnia. tamtego dnia byłam pewna, że tylko straciłam niepotrzebnie sześć stów, kiedy dwa miesiące wcześniej się rejestrowałam. poszłam na ten egzamin z marnym, prawie żadnym przygotowaniem, po koszmarnie stresującym tygodniu i w momencie, kiedy tak naprawdę przestało się to dla mnie tak bardzo liczyć. uprzednio zrobiłam kilka ćwiczeń, coś tam poczytałam, coś tam posłuchałam. napisałam JEDNO wypracowanie, chociaż zarzekałam się, że będę zawzięcie ćwiczyć pisanie. mówić nie miałam do kogo, a do siebie samej było mi głupio. byłam też przekonana, że najintensywniej będę powtarzać właśnie na tydzień przed egzaminem. i co? i fejl, bo nawet nie miałam wtedy do tego głowy.
cieszyłam się, że niewielu osobom powiedziałam o tym, że do niego przystępuję, bo byłam gotowa na kompletną porażkę. patrzyłam na przybyłych tam ze mną ludzi i wyobrażałam sobie, jak świetnie są przygotowani. jakie marzenia mogą spełnić dzięki temu egzaminowi. jakie cele sobie postawili. i pytałam siebie - co ja tu właściwie robię? czy nadal mi zależy? czy przypadkiem się nie ośmieszę?
po wyjściu z części pisemnej byłam niemal pewna, że owszem i że dostarczę mnóstwo rozrywki egzaminatorom sprawdzającym moje wypociny. spieprzyłam już pierwsze pytanie na listeningu. na readingu ledwo wyrobiłam się w czasie, a pod koniec każdej części w panice traciłam głowę, słysząc 'ten minutes left', 'five minutes left', 'one minute left'... i lepiej nawet nie wspomnę o prześmiesznych argumentach, jakich użyłam w moich pożal-się-boże wypracowaniach.
podczas części ustnej miałam nieodparte wrażenie, że wygaduję idiotyczne rzeczy językiem na poziomie podstawówki, a egzaminująca mnie kobieta ma już wszystkiego dość i marzy tylko o tym, żeby pójść do domu. ale uwielbiałam ją za ten brytyjski akcent.
olać to wszystko. nawet nie rozpaczałam jakoś strasznie i obiecałam sobie, że nie będę o tym myśleć i wyczekiwać jak głupia na wyniki. a już na pewno nie będę siedzieć w nocy między 16stym a 17stym grudnia na necie, żeby minutę po północy sprawdzić, ile dostałam.
ha, ha, ha. oczywiście, że to zrobiłam.
i... nie mogłam krzyczeć, żeby nie obudzić całego budynku, więc moja eksplozja szczęścia objawiła się palpitacjami i potężnymi dreszczami z nadmiaru emocji. stojący z boku obserwator zapewne uznałby, że to nagły atak padaczki.
skala wynosi 1-9, a mój wynik to... 7. a może ja śnię? bo nie mogę w to uwierzyć. spodziewałam się czegoś pomiędzy 5 a 6, przy czym 6 było moim najśmielszym marzeniem, ponieważ tyle wynosi potrzebne mi minimum...
nie, ja nie wierzę.
cieszyłam się, że niewielu osobom powiedziałam o tym, że do niego przystępuję, bo byłam gotowa na kompletną porażkę. patrzyłam na przybyłych tam ze mną ludzi i wyobrażałam sobie, jak świetnie są przygotowani. jakie marzenia mogą spełnić dzięki temu egzaminowi. jakie cele sobie postawili. i pytałam siebie - co ja tu właściwie robię? czy nadal mi zależy? czy przypadkiem się nie ośmieszę?
po wyjściu z części pisemnej byłam niemal pewna, że owszem i że dostarczę mnóstwo rozrywki egzaminatorom sprawdzającym moje wypociny. spieprzyłam już pierwsze pytanie na listeningu. na readingu ledwo wyrobiłam się w czasie, a pod koniec każdej części w panice traciłam głowę, słysząc 'ten minutes left', 'five minutes left', 'one minute left'... i lepiej nawet nie wspomnę o prześmiesznych argumentach, jakich użyłam w moich pożal-się-boże wypracowaniach.
podczas części ustnej miałam nieodparte wrażenie, że wygaduję idiotyczne rzeczy językiem na poziomie podstawówki, a egzaminująca mnie kobieta ma już wszystkiego dość i marzy tylko o tym, żeby pójść do domu. ale uwielbiałam ją za ten brytyjski akcent.
olać to wszystko. nawet nie rozpaczałam jakoś strasznie i obiecałam sobie, że nie będę o tym myśleć i wyczekiwać jak głupia na wyniki. a już na pewno nie będę siedzieć w nocy między 16stym a 17stym grudnia na necie, żeby minutę po północy sprawdzić, ile dostałam.
ha, ha, ha. oczywiście, że to zrobiłam.
i... nie mogłam krzyczeć, żeby nie obudzić całego budynku, więc moja eksplozja szczęścia objawiła się palpitacjami i potężnymi dreszczami z nadmiaru emocji. stojący z boku obserwator zapewne uznałby, że to nagły atak padaczki.
skala wynosi 1-9, a mój wynik to... 7. a może ja śnię? bo nie mogę w to uwierzyć. spodziewałam się czegoś pomiędzy 5 a 6, przy czym 6 było moim najśmielszym marzeniem, ponieważ tyle wynosi potrzebne mi minimum...
nie, ja nie wierzę.
Tuesday, 14 December 2010
Monday, 6 December 2010
Sunday, 5 December 2010
homesick
is this destruction
or just quiet protest
against loneliness..?
or just quiet protest
against loneliness..?
jeszcze nigdy tak bardzo nie tęskniłam za domem. jeszcze nigdy tak szczerze nie doceniałam faktu, że zawsze mam dokąd wrócić.
muszę na nowo zbudować hierarchię wartości. zagubiłam kilka ważnych elementów w tym całym pędzie, w tej zachłanności, w usilnym pragnieniu bycia 'zajebistą'. zapomniałam, co tak naprawdę się liczy.
w ramach motywacji dostałam od losu zupełnie niespodziewany bonus. nie zasłużyłam na to i wciąż nie mogę uwierzyć, że na tym świecie istnieje jeszcze coś tak wspaniałego.
muszę na nowo zbudować hierarchię wartości. zagubiłam kilka ważnych elementów w tym całym pędzie, w tej zachłanności, w usilnym pragnieniu bycia 'zajebistą'. zapomniałam, co tak naprawdę się liczy.
w ramach motywacji dostałam od losu zupełnie niespodziewany bonus. nie zasłużyłam na to i wciąż nie mogę uwierzyć, że na tym świecie istnieje jeszcze coś tak wspaniałego.
Wednesday, 1 December 2010
it can be more difficult than you ever thought
"Razors pain you, rivers are damp, acid stains you, drugs cause cramps, gun aren't lawful, nooses give, gas smells awful, you might as well live."
Subscribe to:
Posts (Atom)










