czwarty grudnia. tamtego dnia byłam pewna, że tylko straciłam niepotrzebnie sześć stów, kiedy dwa miesiące wcześniej się rejestrowałam. poszłam na ten egzamin z marnym, prawie żadnym przygotowaniem, po koszmarnie stresującym tygodniu i w momencie, kiedy tak naprawdę przestało się to dla mnie tak bardzo liczyć. uprzednio zrobiłam kilka ćwiczeń, coś tam poczytałam, coś tam posłuchałam. napisałam JEDNO wypracowanie, chociaż zarzekałam się, że będę zawzięcie ćwiczyć pisanie. mówić nie miałam do kogo, a do siebie samej było mi głupio. byłam też przekonana, że najintensywniej będę powtarzać właśnie na tydzień przed egzaminem. i co? i fejl, bo nawet nie miałam wtedy do tego głowy.
cieszyłam się, że niewielu osobom powiedziałam o tym, że do niego przystępuję, bo byłam gotowa na kompletną porażkę. patrzyłam na przybyłych tam ze mną ludzi i wyobrażałam sobie, jak świetnie są przygotowani. jakie marzenia mogą spełnić dzięki temu egzaminowi. jakie cele sobie postawili. i pytałam siebie - co ja tu właściwie robię? czy nadal mi zależy? czy przypadkiem się nie ośmieszę?
po wyjściu z części pisemnej byłam niemal pewna, że owszem i że dostarczę mnóstwo rozrywki egzaminatorom sprawdzającym moje wypociny. spieprzyłam już pierwsze pytanie na listeningu. na readingu ledwo wyrobiłam się w czasie, a pod koniec każdej części w panice traciłam głowę, słysząc 'ten minutes left', 'five minutes left', 'one minute left'... i lepiej nawet nie wspomnę o prześmiesznych argumentach, jakich użyłam w moich pożal-się-boże wypracowaniach.
podczas części ustnej miałam nieodparte wrażenie, że wygaduję idiotyczne rzeczy językiem na poziomie podstawówki, a egzaminująca mnie kobieta ma już wszystkiego dość i marzy tylko o tym, żeby pójść do domu. ale uwielbiałam ją za ten brytyjski akcent.
olać to wszystko. nawet nie rozpaczałam jakoś strasznie i obiecałam sobie, że nie będę o tym myśleć i wyczekiwać jak głupia na wyniki. a już na pewno nie będę siedzieć w nocy między 16stym a 17stym grudnia na necie, żeby minutę po północy sprawdzić, ile dostałam.
ha, ha, ha. oczywiście, że to zrobiłam.
i... nie mogłam krzyczeć, żeby nie obudzić całego budynku, więc moja eksplozja szczęścia objawiła się palpitacjami i potężnymi dreszczami z nadmiaru emocji. stojący z boku obserwator zapewne uznałby, że to nagły atak padaczki.
skala wynosi 1-9, a mój wynik to... 7. a może ja śnię? bo nie mogę w to uwierzyć. spodziewałam się czegoś pomiędzy 5 a 6, przy czym 6 było moim najśmielszym marzeniem, ponieważ tyle wynosi potrzebne mi minimum...
nie, ja nie wierzę.
Friday, 17 December 2010
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
0 comments:
Post a Comment