Tuesday, 30 November 2010

my life, my body, my rules

Posted by Panna Danuta at 07:48 0 comments


I'm on the floor
Not listening any more




Monday, 29 November 2010

suicidium

Posted by Panna Danuta at 04:04 0 comments
mój misternie skonstruowany i osadzony na mocnych fundamentach pogląd na życie został wystawiony na ciężką próbę. niestety, nie przetrwał jej.

bez tego nie potrafię normalnie funkcjonować. czuję się, jakbym nie miała gruntu pod nogami i w którąkolwiek stronę bym nie poszła, to i tak jestem skazana na porażkę. mam dość tej ciągłej walki, poddaję się. straciłam podstawowe źródło wewnętrznej siły, a wraz z tym również cały entuzjazm, sens i iluzję bycia kimś potrzebnym.

przed sobą mam tylko roztrzaskaną na drobne kawałki wizję bliższej i dalszej przyszłości. nie potrafię na nowo jej poskładać, ale pewne fragmenty podsunęły mi całkiem ciekawy pomysł. teraz zbieram odwagę na jego realizację.

pierwszy raz w życiu wpisałam w google słowa, o które nigdy wcześniej bym siebie nie podejrzewała.

believe it or not

Posted by Panna Danuta at 03:34 0 comments
było już po czwartej w nocy. leżałam pod kołdrą i półprzytomnym wzrokiem patrzyłam jak świeża, ciemnoczerwona krew wypełnia kolejno dwie strzykawki: jedną mniejszą, drugą większą. a władał nimi ktoś, kogo myślałam, że całkiem dobrze znam. jednak dopiero wtedy okazało się, jak bardzo się myliłam.

dawca siedział zrelaksowany na fotelu bez cienia zdenerwowania na twarzy, mimo tego, że druga igła była znacznie grubsza. doszłam do wniosku, że przywykł już do tego, chociaż nie wiedziałam dokładnie, jak często pozwalał sobie to robić.

nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ta krew nie służyła ani do badania, ani do eksperymentu, ani do transfuzji, ani do analizy, ani do żadnej z podobnych czynności. pobrana została w zwykłym mieszkaniu i bynajmniej nie przez lekarza, ani pielęgniarkę. a z obu strzykawek trafiła do... szklanki.

to, czego dowiedziałam się tamtego wieczoru przeszło moje najśmielsze wyobrażenia i chyba wciąż nie zostało do końca przyjęte przez moją świadomość. ale jednocześnie wyjaśniło wiele niewiadomych z przeszłości i stało się jakby spoidłem rozrzuconych kawałków intrygującej układanki...

Wednesday, 24 November 2010

niby nic

Posted by Panna Danuta at 23:04 0 comments
usłyszałam dzisiaj coś, czego w ogóle się nie spodziewałam. niby zwyczajne zdanie, nawet nie komplement, ani nic specjalnie miłego, ale siedzi w mojej głowie i sprawia, że się uśmiecham do tej pory.

I walk my way every day

Posted by Panna Danuta at 00:36 0 comments
osiągnęłam to, o co walczyłam od początku października. to, do czego podchodziłam wcześniej bezskutecznie od wielu miesięcy. to, o czym marzyłam od nie pamiętam-już-kiedy. i ze szczęścia aż nie mogę w to uwierzyć.

I wanna fly.





Tuesday, 23 November 2010

let it die

Posted by Panna Danuta at 11:57 0 comments
nie spałam dziś prawie w ogóle. bite osiem godzin przewracałam się w łóżku, żeby około siódmej rano przysnąć na godzinę. natłok myśli nie chciał mi dać spokoju. ciało było wyczerpane, ale umysł ciągle pędził na najwyższych obrotach, generując we mnie mnóstwo napięcia. muszę się go pozbyć jak najszybciej. jedna negatywna myśl rodzi kolejną, a ja wcale nie mam ochoty się im poddawać.

just on impulse!

Posted by Panna Danuta at 01:00 0 comments
niezmiennie, niezaprzeczalnie, nieprzerwanie i bezkonkurencyjnie - spontan rządzi.

Saturday, 20 November 2010

niewypowiedziane

Posted by Panna Danuta at 02:47 0 comments
There are very many things
I would like to say to you,
but I've lost my way
and I've lost my words.

musiałam to uwiecznić

Posted by Panna Danuta at 00:25 0 comments
śmieję się z samej siebie. nie znam nikogo, kto potrafi osiągnąć taki szczyt nieogarnięcia, jak robienie się na bóstwo przez dwie godziny w piątek wieczorem, po tygodniowym oczekiwaniu na imprezę, żeby tuż po wyjściu z domu z winem w torebce i w pełni gotowości na porządny melanż dowiedzieć się, że przecież to ma być jutro, a nie dzisiaj...

Thursday, 18 November 2010

po prostu

Posted by Panna Danuta at 01:40 0 comments
nie mów do mnie i nie pytaj. nie będę słuchać, nie będę mówić. nie chcę rozmawiać, nie chcę się zwierzać, nie chcę tłumaczyć, nie chcę doradzać, nie chcę dyskutować.

chcę patrzeć i czuć.

bądź.

Sunday, 14 November 2010

dancing's always fun!

Posted by Panna Danuta at 22:53 0 comments
mój wzrok ślizgał się po tłumie ludzi dookoła, ale na nikim się nie zatrzymywał. muzyka zmieniała się regularnie, począwszy od dobrze znanych retro-hitów, poprzez pop, latino, house i electro, aż po różności rockowe. hydrozagadka jeszcze ani razu mnie nie zawiodła. z szerokim uśmiechem na twarzy całkowicie oddałam się dźwiękom, a że ostatnio stałam się bardzo wszechstronna w kwestii muzyki tanecznej, to schodziłam z parkietu dość rzadko, czyli tylko wtedy, kiedy leciało coś, przy czym tańczyć się po prostu nie dało [zaznaczam, że tzw. pogo, to dla mnie nie jest taniec].

nie miałam ochoty z kimkolwiek tańczyć, dlatego konsekwentnie odmawiałam wszystkim chętnym. zgodziłabym się dopiero wtedy, gdyby dana osoba rzeczywiście znała pojęcie 'taniec'. bo o wiele bardziej wolę szaleć sama, niż zgadzać się na przyklejenie się do mnie jakiegoś sztywnego kołka, który ograniczałby tylko moje ruchy. bo tak niestety jest, że dobrze tańczących facetów znaleźć można na imprezie może ze trzech na sto.

po kilku godzinach rozpoczęła się faza 'wypraszanie gości', co oznacza, że wysiłki DJ'ów skupiły się na muzyce nie tyle nieciekawej, co wręcz zniechęcającej. usiadłam więc, żeby poprzyglądać się ludziom i parze, z którą tu przyszłam. wyglądali przeuroczo.

widok miałam dobry, bo siedziałam na podwyższeniu dla DJ'ów. oparłam się na dłoniach położonych za plecami i przybrałam dość odpychającą minę na twarzy, żeby zniechęcić ewentualnych chętnych do tego, żeby mi poprzeszkadzać. nagle zobaczyłam dłoń wyciąganą w moją stronę. byłam pewna, że ktoś chce po prostu sięgnąć po swoje piwo, które stało tuż za mną, więc lekko się odchyliłam. ale ta dłoń nie chwyciła butelki, tylko moją prawą rękę. należała do jakiegoś chłopaka, którego widziałam wcześniej w tłumie. był zupełnie przeciętny, ale ładnie się uśmiechał. drugą ręką objął mnie w talii i delikatnym, ale pewnym ruchem pociągnął mnie w stronę parkietu. nie wiem, jak on to zrobił i co się ze mną stało, że mimo zupełnego braku chęci do tańca podniosłam się bez słowa i pozwoliłam się poprowadzić. w pierwszej chwili chciałam odmówić i zostać, ale zaskoczenie zamknęło mi usta i byłam w stanie tylko się uśmiechnąć. kołysaliśmy się przez dwie minuty do jakiegoś słabego kawałka, dopóki nie powróciła towarzyszka tego chłopaka i wtedy przypomniałam sobie moment, w którym wcześniej ich zauważyłam.

była ona trzecią osobą tej nocy, która nadepnęła mi z całej siły obcasem na prawą stopę. zagotowało się we mnie, ale przeprosiła mnie bardzo wyraźnie, a poza tym była tak śliczna, że wybaczyłam jej od razu. podążyłam za nią wzrokiem i zaczęłam się przyglądać, jak tańczyła ze swoim towarzyszem. nie było to nic specjalnego, ale byłam zachwycona emocjami, które włożyli w ten taniec. łączący ich ogień widać było w każdym ruchu, nawet w mimice twarzy. spodobali mi się.

żałowałam, że już wychodzili. on mi podziękował, oboje uśmiechnęli się i wyszli, pozostawiając mnie z niesamowicie miłym wrażeniem, jakby wydarzyło się coś wspaniałego, mimo że tak naprawdę nic się przecież nie stało. mam jednak nieodpartą ochotę powiedzieć, że rzucili na mnie jakiś dobry czar.

Saturday, 13 November 2010

kwestia smaku

Posted by Panna Danuta at 14:52 0 comments
naszła mnie ochota, żeby kiedyś zrobić komuś fantazyjne śniadanie, podać je rano do wymiętego łóżka, pachnącego dwojgiem ludzi rozkosznie zmęczonych nocą i skonsumować je wspólnie bez użycia ani talerzy, ani sztućców.

Thursday, 11 November 2010

reset

Posted by Panna Danuta at 23:31 0 comments
pamiętam ten moment sprzed kilku dni, kiedy w pewnym momencie doznałam krótkiego, ale dość silnego szoku. w mojej głowie wydarzyło się wtedy coś w rodzaju rozbicia szyby na drobniutkie kawałeczki, które rozprysły się na wszystkie strony, a następnie rozpłynęły nagle w kompletnej pustce. mój umysł się zresetował. akurat w tej chwili coś mówiłam, więc urwałam w połowie zdania, wytrącona z równowagi. trwało to zaledwie kilka sekund i mam nadzieję, że zostało w ogóle niezauważone. zamrugałam oczami i zebrałam jakoś pogubione myśli, kontynuując niepewnie przerwany wątek. jednak lekkie rozkojarzenie towarzyszyło mi jeszcze do wieczora.

tamta krótka chwila wystarczyła, żeby uwolnić niechcianą falę wspomnień. aż do teraz za dużo o nich myślę. niepotrzebnie. rozdział, którego dotyczą, włożyłam już na półkę z historią i wolę do niego nie powracać. jego kartki wciąż pachną smutkiem i są wilgotne od łez.

Tuesday, 9 November 2010

happiness hit her like a train on a track

Posted by Panna Danuta at 23:49 0 comments
czterdzieści?

nie. i nigdy więcej.
to już ostatnia prosta.

Monday, 8 November 2010

bawimy się w teatr

Posted by Panna Danuta at 00:21 0 comments
misja wykonana. dokładnie według planu. czuję niesamowicie satysfakcjonującą ulgę, tak jakbym pozbyła się uporczywego pryszcza z czoła, albo rozgniotła na ścianie nieuchwytnego od dłuższego czasu komara. yeah.

zacisnęłam zęby i zmrużyłam oczy. w tym przypadku masz prawo. co ci szkodzi? po prostu to zrób i się nie przejmuj. no, przecież potrafisz być wredną suką. z powodzeniem zagrałam zaplanowaną rolę i osiągnęłam swój cel. owszem, ten sposób był dość podły, ale myślę, że i tak dokonałam wyboru najlepszego z możliwych. a poza tym, moje działania pozostały wciąż na tyle subtelne, że nie muszę czuć się winna.

score. ha ha ha ha ha! [nie mogłam się powstrzymać]

Sunday, 7 November 2010

dog days are over

Posted by Panna Danuta at 04:27 0 comments
tytuł wpisu to jednocześnie tytuł piosenki, która nie daje mi ostatnio spokoju. kiedy ją słyszę, mam wrażenie, że wypełnia mnie tak niesamowita energia, że nie jestem w stanie usiedzieć spokojnie.

wczoraj, jak byłam sama w domu, to puściłam wspomniany kawałek na cały regulator i pozwoliłam sobie na uwolnienie całej tej energii. gdyby ktoś mnie wtedy zobaczył, to stwierdziłby, że potraktowano mnie silnymi elektrowstrząsami. skakałam i szalałam jak wariatka, aż do ostatniego dźwięku. gdybym była w lesie, to dodatkowo jeszcze pewnie bym się darła. czułam się wspaniale. a kiedy ostatnia nuta dobiegła końca, padłam na podłogę, śmiejąc się do samej siebie.


the dog days are over
the dog days are gone
...

pretty abnormal

Posted by Panna Danuta at 04:05 0 comments
jesienią zawsze coś się zmienia. odkąd pamiętam, co roku o tej porze przechodzę jakąś rewolucję. większą, mniejszą, wewnętrzną lub zewnętrzną. zwykle... nie, chyba nawet zawsze na lepsze. tak przynajmniej czuję.

nie powiem, żebym jakoś specjalnie lubiła tą porę roku. oczywiście jej początek jest piękny, póki temperatury są znośne. wtedy rozpływam się z zachwytu nad bogactwem zmieniających się stopniowo kolorów natury szykującej się do zimowego snu. ale potem, kiedy już drzewa są nagie, a coraz bardziej uporczywy chłód przypomina o zbliżającej się zimie, następuje okres którego nie znoszę. przytłacza mnie smutna szarość, która zalewa świat, ciemność zapadająca już o szesnastej i ta dziwna stagnacja dopadająca większość ludzi. nie potrafię więc powiedzieć, dlaczego zmieniam się akurat teraz. bardziej z takimi dobrymi zmianami kojarzy mi się okres wiosenno-letni, albo chociaż noworoczny, kiedy to próbujemy realizować nasze postanowienia. ale jesień?

dopiero w tym roku to u siebie zauważyłam. przyszło mi do głowy, że może to podświadoma obrona przed tak zwaną chandrą? bo pomimo przytłoczenia perspektywą nadchodzącej zimy, zjawisko jesiennej depresji nigdy mnie nie dotyczyło. a obecnie jest nawet wręcz przeciwnie - mam w sobie absurdalnie dużo optymizmu. i chętnie się nim podzielę.

Saturday, 6 November 2010

truskawkowa!

Posted by Panna Danuta at 02:04 0 comments
uczepiło się mnie pewne natarczywe uczucie, które od kilku dni nie daje mi spokoju. nie pojawiało się we mnie już bardzo długo, chyba z rok czasu. a ja wcale za nim nie tęskniłam. niestety, nie mam na nie zbyt wielkiego wpływu, dlatego dzisiaj uczucie owo stało się przyczyną kilku szkód i popsucia mojego nastroju. a teraz chodzę przytłoczona bagażem dodatkowej irytacji, bo ciągle słyszę to echo, ale nic nie mogę poradzić. doszłam do wniosku, że na obecną chwilę pozostaje mi tylko 'przeczekać' ten stan, bo wyjścia innego nie mam. chociaż nie ukrywam, że przez chwilę, naiwnie, miałam nadzieję na alternatywę.

a poza tym, to właśnie gimnastykuję szczęki na truskawkowej gumie do żucia.

Wednesday, 3 November 2010

zagrajmy

Posted by Panna Danuta at 01:00 0 comments

i ślubujesz mi parasol w deszczu i stokrotki na wiosnę?



kiedyś narzekałam na kompletny brak, a teraz narzekam na nadmiar. gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że tak będzie, to uznałabym takiego człowieka za bezczelnego kłamcę.

chociaż nie ukrywam, że obecna sytuacja sto razy bardziej mi odpowiada, niż ta sprzed lat.


***

oddychaj moim powietrzem, to teraz takie modne.


mam dwie nowe, bardzo przyjemne wizje i szukam kogoś do ich zrealizowania.

dare for more

Posted by Panna Danuta at 00:34 0 comments
śmiech. to właśnie była moja reakcja. głośny, szyderczy śmiech.

śmiech nad żałosnymi słowami osoby do bólu zdesperowanej i bezskutecznie próbującej zwrócić na siebie uwagę. osoby słabej i nic niewartej. osoby, która marnuje każdą szansę, jaką dostaje. osoby całkowicie zbędnej temu światu, ale nadal naiwnie uważającej się za kogoś wielkiego. osoby, której słowa są niczym.

następnym razem wysil się na coś lepszego.
 

c'était ici Copyright © 2012 Design by Antonia Sundrani Vinte e poucos