Chablis.
ciemnozielona butelka kryła jedno z najlepszych białych win na świecie. schłodzone do odpowiedniej temperatury, powodowało osadzenie się delikatnej 'pary' na ściankach kieliszka, tak jakby ktoś chuchnął na szkło. miało bladozłoty kolor, a jego wyrazisty zapach rozniósł się zaraz po odkorkowaniu butelki.
pachniało przyjemnie i pasowało idealnie do tamtego wieczoru. jego smak rozlał mi się w ustach, rozkoszując moje kubki smakowe swoją mineralną lekkością i zadziwiającą głębią, która sprawiała, że z każdym łyczkiem zatrzymywałam się na moment myślami przy tym smaku, aby w pełni go docenić.
żadne wino jednak nie cieszy w pełni, jeśli brakuje mu odpowiednich dodatków. lecz tamto Chablis oprawione było wspaniałym towarzystwem i niezapomnianą kolacją w restauracji, dzięki czemu pozostawiło na mnie tak duże wrażenie. spędziliśmy tam około trzech godzin. delektowaliśmy się powoli owocami morza, piliśmy wino, czasem zapaliliśmy papierosa. i cały czas rozmawialiśmy, dzieląc się swoimi poglądami, ciekawymi historiami i spojrzeniem na świat.
nie była to najlepsza restauracja i jestem pewna, że następnym razem wybierzemy inną. ale pozostałe aspekty tego wieczoru sprawiły, że jeszcze nigdy nic tak dobrze mi nie smakowało, jak tamta kolacja.
Thursday, 29 September 2011
if life gives you lemons, make a lemonade
musisz się bardziej postarać.
masz w ogóle pojęcie, ile tracisz? nie sądzę, bo nie jesteś tak głupi, żeby robić to celowo. ale czasem myślę sobie, że nigdy się nie nauczysz. że nigdy nie dojrzejesz. i jest mi ciebie żal.
uwierz mi, że sięgnięcie po swoje marzenia nie jest takie trudne, jak ci się wydaje. wystarczy tylko tego chcieć i w to uwierzyć. ale ty wolisz zadrzeć nos do góry i się nie przyznać. wolisz maskować swoje pragnienia i chować je w zakamarkach swojej wyobraźni, zamiast doprowadzić do ich realizacji. wolisz udawać, że nic cię nie obchodzi. że niczego się nie boisz. niech to inni się starają. niech inni się wysilają. lepiej siedzieć cicho i gardzić ludźmi, których nie jesteś i nigdy nie będziesz w stanie dogonić.
myślisz sobie, że jesteś wyjątkowy. ale tak naprawdę to straciłeś siebie. szkoda.
masz w ogóle pojęcie, ile tracisz? nie sądzę, bo nie jesteś tak głupi, żeby robić to celowo. ale czasem myślę sobie, że nigdy się nie nauczysz. że nigdy nie dojrzejesz. i jest mi ciebie żal.
uwierz mi, że sięgnięcie po swoje marzenia nie jest takie trudne, jak ci się wydaje. wystarczy tylko tego chcieć i w to uwierzyć. ale ty wolisz zadrzeć nos do góry i się nie przyznać. wolisz maskować swoje pragnienia i chować je w zakamarkach swojej wyobraźni, zamiast doprowadzić do ich realizacji. wolisz udawać, że nic cię nie obchodzi. że niczego się nie boisz. niech to inni się starają. niech inni się wysilają. lepiej siedzieć cicho i gardzić ludźmi, których nie jesteś i nigdy nie będziesz w stanie dogonić.
myślisz sobie, że jesteś wyjątkowy. ale tak naprawdę to straciłeś siebie. szkoda.
Monday, 26 September 2011
Musée d'Orsay
był tam. to dla niego przyszłam.
podeszłam bliżej podekscytowana czując, jak szybciej bije mi serce. zobaczyłam go na własne oczy po raz pierwszy i nie mogłam w to uwierzyć. stałam tam długo wpatrując się w niego i chłonęłam całą sobą jego piękno. był większy niż się spodziewałam. intrygujący i odważny jednocześnie... niosący treść, która kiedyś stała się moją inspiracją. Le déjeuner sur l'herbe Edouarda Maneta.
podeszłam bliżej podekscytowana czując, jak szybciej bije mi serce. zobaczyłam go na własne oczy po raz pierwszy i nie mogłam w to uwierzyć. stałam tam długo wpatrując się w niego i chłonęłam całą sobą jego piękno. był większy niż się spodziewałam. intrygujący i odważny jednocześnie... niosący treść, która kiedyś stała się moją inspiracją. Le déjeuner sur l'herbe Edouarda Maneta.
Wednesday, 7 September 2011
don't mess with a princess
skończyło się tak nagle, jak się zaczęło. przypadkowa iskra roznieciła płomień, który jednak został ugaszony, zanim rozpalił się na dobre. w sposób brutalny, lecz szybki i skuteczny. za skuteczność jestem bardzo wdzięczna, bo dzięki temu mniej moich wysiłków poszło na marne. ale za brutalność odpłacę się jeszcze tak, że będzie się przede mną płaszczył, a wtedy ja z rozkoszą machnę na to ręką.
na szczęście zdążyłam zmądrzeć na tyle, żeby szybko dojść do wniosku, że rozpalanie ognia w tym temacie nie było warte moich starań. za to zdecydowanie było warte nagrody pocieszenia, jaką potem otrzymałam, ale już od kogoś innego, rzecz jasna. uwielbiam bezbłędne niespodzianki. wykorzystywałam każdą sekundę, bo takie okazje zdarzają się rzadko, a najbardziej satysfakcjonujące są właśnie wtedy, kiedy ich się nie spodziewam.
była to dość zabawna sytuacja, biorąc pod uwagę fakt, iż jesteśmy dorosłymi i dojrzałymi społecznie ludźmi (a przynajmniej tak mi się wydaje). przypominała trochę pewne ciekawe zdarzenia z przeszłości, takie totalnie nasze, które tylko my możemy w całości rozumieć. i chyba dlatego dostarczyło to nam tyle rozrywki, spotęgowanej dodatkowo promilami we krwi. wiedziałam, że robił on to trochę na przekór, ale i tak miło było sobie przypomnieć, jak doskonale całuje.
na szczęście zdążyłam zmądrzeć na tyle, żeby szybko dojść do wniosku, że rozpalanie ognia w tym temacie nie było warte moich starań. za to zdecydowanie było warte nagrody pocieszenia, jaką potem otrzymałam, ale już od kogoś innego, rzecz jasna. uwielbiam bezbłędne niespodzianki. wykorzystywałam każdą sekundę, bo takie okazje zdarzają się rzadko, a najbardziej satysfakcjonujące są właśnie wtedy, kiedy ich się nie spodziewam.
była to dość zabawna sytuacja, biorąc pod uwagę fakt, iż jesteśmy dorosłymi i dojrzałymi społecznie ludźmi (a przynajmniej tak mi się wydaje). przypominała trochę pewne ciekawe zdarzenia z przeszłości, takie totalnie nasze, które tylko my możemy w całości rozumieć. i chyba dlatego dostarczyło to nam tyle rozrywki, spotęgowanej dodatkowo promilami we krwi. wiedziałam, że robił on to trochę na przekór, ale i tak miło było sobie przypomnieć, jak doskonale całuje.
Tuesday, 6 September 2011
boys gone bad
faceci! zwykle marzę o tym, żeby móc czytać w waszych pokręconych umysłach, ale czasem jesteście tak rozkosznie przewidywalni, ze aż nie mogę przestać chichotać pod nosem. a już zwłaszcza wtedy, kiedy większość myśli zdominuje wam zawartość waszych bokserek.
Saturday, 3 September 2011
niebo jak z algidy
niebo zalane było ognistą pomarańczą zachodzącego słońca, co tworzyło niesamowity kontrast z ponurą szarością rozproszonych chmur. kiedy wznieśliśmy się wyżej, zmieniły się one w puszysty dywan pod nami, a na górze widać było już tylko blaknące smugi ciepłego różu, przechodzącego stopniowo w ciemniejący błękit. z czasem zrobiło się zupełnie granatowo, tak że jedynymi widocznymi obiektami stały się skupiska miejskich świateł, przepływające powoli w dole.
patrzyłam na to wszystko przez małe okienko samolotu, odizolowana od otoczenia dzięki red hot chilli peppers w moich słuchawkach. leciałam do warszawy w dobrym humorze, mimo tego, że zostawiałam za sobą ukochane miejsce i wielu wspaniałych ludzi. ale mój intuicyjny spokój podpowiadał mi, że jeszcze tam wrócę.
patrzyłam na to wszystko przez małe okienko samolotu, odizolowana od otoczenia dzięki red hot chilli peppers w moich słuchawkach. leciałam do warszawy w dobrym humorze, mimo tego, że zostawiałam za sobą ukochane miejsce i wielu wspaniałych ludzi. ale mój intuicyjny spokój podpowiadał mi, że jeszcze tam wrócę.
celebration
echo muzyki docierało aż po zachodnie bramy hyde parku. wiedziałam doskonale, że większość pasażerów autobusu, którym jechałam, zmierzała właśnie tam. główny dzień karnawału w notting hill gromadzi około miliona osób, co dla porównania stanowi połowę liczby mieszkańców warszawy.
wmieszałam się w dryfujący tłum i wzięłam głęboki oddech, nabierając powietrza przepełnionego atmosferą doskonałej zabawy. świetny nastrój udzielił mi się natychmiast i rozprzestrzeniał się wśród otaczających mnie ludzi z prędkością światła. zostałam zaproszona do zabawy przez grupę londyńczyków, co pozwoliło mi jeszcze bardziej poczuć ten właściwy klimat.
nigdy wcześniej nie widziałam imprezy na taką skalę. i nigdy wcześniej nie tańczyłam na środku ulicy upita ciderem w biały dzień... muzyka płynęła w moich żyłach w postaci dobrej energii i poruszała płynnie moim ciałem. czułam zapach papierosów i marihuany, w ustach miałam dobry alkohol, w uszach fantastyczne dźwięki, a przed oczami całą gamę karnawałowych barw i uśmiechy bawiących się ludzi. na kilka godzin pozwoliłam sobie zapomnieć o wszystkim i oddać się celebracji całkowicie, dzięki czemu naładowałam baterie radości do oporu, a całe wydarzenie umieściłam głęboko w pamięci obok najpiękniejszych wspomnień. i zamierzam to powtórzyć.
wmieszałam się w dryfujący tłum i wzięłam głęboki oddech, nabierając powietrza przepełnionego atmosferą doskonałej zabawy. świetny nastrój udzielił mi się natychmiast i rozprzestrzeniał się wśród otaczających mnie ludzi z prędkością światła. zostałam zaproszona do zabawy przez grupę londyńczyków, co pozwoliło mi jeszcze bardziej poczuć ten właściwy klimat.
nigdy wcześniej nie widziałam imprezy na taką skalę. i nigdy wcześniej nie tańczyłam na środku ulicy upita ciderem w biały dzień... muzyka płynęła w moich żyłach w postaci dobrej energii i poruszała płynnie moim ciałem. czułam zapach papierosów i marihuany, w ustach miałam dobry alkohol, w uszach fantastyczne dźwięki, a przed oczami całą gamę karnawałowych barw i uśmiechy bawiących się ludzi. na kilka godzin pozwoliłam sobie zapomnieć o wszystkim i oddać się celebracji całkowicie, dzięki czemu naładowałam baterie radości do oporu, a całe wydarzenie umieściłam głęboko w pamięci obok najpiękniejszych wspomnień. i zamierzam to powtórzyć.
Subscribe to:
Posts (Atom)