Sunday, 30 January 2011
no signs
jestem niereformowalna pod tym względem. wygląda na to, że pewną książkę powinnam przeczytać jeszcze raz i wkuwać na pamięć najważniejsze fragmenty.
znów się zapomniałam i znów zrobiłam po swojemu, psując chyba wszystko. było w miarę dobrze, a teraz jest źle. i to w dodatku jest nieodwracalne. usprawiedliwiam się tylko tym, że po dwutygodniowym nakręcaniu się, ten zawód, który spotkał mnie już na samym początku, przybrał rozmiar wielkiego, ciężkiego głazu, który zmiażdżył całkowicie moją kolorową bańkę mydlaną wypełnioną entuzjazmem i dobrym nastrojem.
ale... nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. odkryłam coś, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło i skutecznie odwraca moją uwagę od tamtej sytuacji.
znów się zapomniałam i znów zrobiłam po swojemu, psując chyba wszystko. było w miarę dobrze, a teraz jest źle. i to w dodatku jest nieodwracalne. usprawiedliwiam się tylko tym, że po dwutygodniowym nakręcaniu się, ten zawód, który spotkał mnie już na samym początku, przybrał rozmiar wielkiego, ciężkiego głazu, który zmiażdżył całkowicie moją kolorową bańkę mydlaną wypełnioną entuzjazmem i dobrym nastrojem.
ale... nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. odkryłam coś, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło i skutecznie odwraca moją uwagę od tamtej sytuacji.
Saturday, 29 January 2011
wwiercają się w mózg
przedwczoraj w autobusie z rozbawieniem słuchałam, jak pewna kobieta tłumaczy swojej kilkuletniej córce różnicę pomiędzy czarownicą a czarodziejką.
*
rozkoszuję się perspektywą dwóch tygodni wolnego. ale z drugiej strony, kiedy nie będę musiała zajmować umysłu tym, co obowiązkowe, grozi mi lawina dokuczliwych myśli.
myśli, myśli, myśli. potrafią być bardzo uciążliwe. najpierw mnie zamęczają, po pewnym czasie trochę odpuszczają, a kiedy już zauważam, że prawie się od nich uwolniłam, to dzieje się coś, co sprawia, że atakują ze zdwojoną siłą. dzisiaj coś takiego najprawdopodobniej nastąpi. chcę tego, czy nie chcę..?
*
a tak poza tym, to w green coffee serwują przepyszne chai tea latte.
*
rozkoszuję się perspektywą dwóch tygodni wolnego. ale z drugiej strony, kiedy nie będę musiała zajmować umysłu tym, co obowiązkowe, grozi mi lawina dokuczliwych myśli.
myśli, myśli, myśli. potrafią być bardzo uciążliwe. najpierw mnie zamęczają, po pewnym czasie trochę odpuszczają, a kiedy już zauważam, że prawie się od nich uwolniłam, to dzieje się coś, co sprawia, że atakują ze zdwojoną siłą. dzisiaj coś takiego najprawdopodobniej nastąpi. chcę tego, czy nie chcę..?
*
a tak poza tym, to w green coffee serwują przepyszne chai tea latte.
Wednesday, 26 January 2011
aplauz
jestem z siebie niewyobrażalnie dumna, jako że mimo braku jakichkolwiek zdolności w ujarzmianiu zbuntowanego sprzętu technicznego i włosów w kolorze blond, udało mi się przed chwilą rozwikłać problem z moim komputerem, który od kilku dni nie pozwalał mi połączyć się z internetem. nie muszę chyba opisywać, że mój stan emocjonalny przechodził od frustracji, poprzez wściekłość, aż po czarną rozpacz, zwłaszcza jak odkryłam po drodze dwa wirusy trawiące mojego laptopa. mea culpa. bo przecież kompletnie zapomniałam o zainstalowaniu programu antywirusowego...
Saturday, 22 January 2011
vocation
to już będzie szczyt absurdu.
czy osoba chora może, po zostaniu profesjonalistą w tej dziedzinie, pomóc w powrocie do zdrowia innym osobom... z tą samą chorobą?
czy osoba chora może, po zostaniu profesjonalistą w tej dziedzinie, pomóc w powrocie do zdrowia innym osobom... z tą samą chorobą?
still loading
nie znoszę takiego czekania. minął już tydzień. a mnie codziennie skręca z niecierpliwości! ale uparłam się bardziej, niż kiedykolwiek, że wytrwam i nie pozwolę sobie na żaden krok. czekam dalej. i się doczekam, to wiem, ale zagadką jest to, co się wydarzy. z jednej strony jest to nawet w pewnym sensie ekscytujące. dawno nie byłam w takiej sytuacji. ale wciąż moja niecierpliwość nie daje mi spokoju. (bo ile można, do cholery #$%^&*@, czekać?!) wytrzymam. wytrzymam. wytrzyyyymam, k***a. gdyby nie ta sesja i gdybym naprawdę nie miała co robić, to chyba bym eksplodowała.
Wednesday, 19 January 2011
Tuesday, 18 January 2011
'it kind of just happened'
znowu wszystko powywracało się do góry nogami.
nie spodziewałam się takiego obrotu zdarzeń, ale też nigdy nie przeszłoby mi przez myśl, że aż tak może to na mnie podziałać. poczułam się okropnie z kolejnym, gigantycznym rozczarowaniem.
jednak z drugiej strony, przez mieszankę zawodu i smutku przebiło się coś w rodzaju ogromnej ulgi. padł mur, którym sama siebie otoczyłam i za którym się chowałam od kilku miesięcy. i nagle pojęłam, ile przez to traciłam i jak wiele mogłam jeszcze stracić. i to w samą porę.
usłyszałam dziś, że człowiek zmienia się co siedem lat. nie wiem, ile jest w tym prawdy, ale zorientowałam się, że u mnie byłby to już trzeci raz. coś w tym musi być, bo już nie pamiętam kiedy nastąpiło we mnie tyle zmian, co ostatnio.
nie spodziewałam się takiego obrotu zdarzeń, ale też nigdy nie przeszłoby mi przez myśl, że aż tak może to na mnie podziałać. poczułam się okropnie z kolejnym, gigantycznym rozczarowaniem.
jednak z drugiej strony, przez mieszankę zawodu i smutku przebiło się coś w rodzaju ogromnej ulgi. padł mur, którym sama siebie otoczyłam i za którym się chowałam od kilku miesięcy. i nagle pojęłam, ile przez to traciłam i jak wiele mogłam jeszcze stracić. i to w samą porę.
usłyszałam dziś, że człowiek zmienia się co siedem lat. nie wiem, ile jest w tym prawdy, ale zorientowałam się, że u mnie byłby to już trzeci raz. coś w tym musi być, bo już nie pamiętam kiedy nastąpiło we mnie tyle zmian, co ostatnio.
Sunday, 16 January 2011
półsłodko
wino. czytał w moich myślach.
cztery butelki, każda inna i każda doskonała, towarzyszyły nam podczas niekończących się rozmów od wieczora aż do świtu. w tle leciały jakieś filmy, na których skupialiśmy co najwyżej dziesięć procent uwagi. a potem zasnęliśmy jak dzieci, budząc się koło południa bez żadnych dolegliwości, jeśli nie liczyć kompletnego braku chęci do podnoszenia się z łóżka.
już samo wspomnienie poprawia mi nastrój. trzeba to powtórzyć.
cztery butelki, każda inna i każda doskonała, towarzyszyły nam podczas niekończących się rozmów od wieczora aż do świtu. w tle leciały jakieś filmy, na których skupialiśmy co najwyżej dziesięć procent uwagi. a potem zasnęliśmy jak dzieci, budząc się koło południa bez żadnych dolegliwości, jeśli nie liczyć kompletnego braku chęci do podnoszenia się z łóżka.
już samo wspomnienie poprawia mi nastrój. trzeba to powtórzyć.
Thursday, 13 January 2011
light as a feather
dziś Vivaldi w moich głośnikach i (znowu) bałagan myśli w mojej głowie.
przechodzę wewnętrzną rewolucję podejścia, priorytetów oraz sposobu postrzegania pewnych rzeczy. i od pewnego czasu coraz silniej uświadamiam sobie, jak naiwno-desperacko-żałosne bywało moje postępowanie w pewnych ważnych dla mnie sytuacjach. do tej pory nie miałam pojęcia, ile zepsułam i jak idiotycznie się czasem zachowywałam.
wielu rzeczy muszę nauczyć się od nowa. niedawno otrzymałam doskonałą szansę na wykorzystanie świeżo zdobytych wskazówek i wyciągniętych wniosków. boję się tylko jednego - że w stresującym momencie wszystko mi się pomiesza, zapomnę o najważniejszych elementach i znowu poniosę porażkę. ale cóż, uczeń nie od razu staje się mistrzem. zwłaszcza podczas tak trudnej lekcji, jaką są relacje damsko-męskie...
przechodzę wewnętrzną rewolucję podejścia, priorytetów oraz sposobu postrzegania pewnych rzeczy. i od pewnego czasu coraz silniej uświadamiam sobie, jak naiwno-desperacko-żałosne bywało moje postępowanie w pewnych ważnych dla mnie sytuacjach. do tej pory nie miałam pojęcia, ile zepsułam i jak idiotycznie się czasem zachowywałam.
wielu rzeczy muszę nauczyć się od nowa. niedawno otrzymałam doskonałą szansę na wykorzystanie świeżo zdobytych wskazówek i wyciągniętych wniosków. boję się tylko jednego - że w stresującym momencie wszystko mi się pomiesza, zapomnę o najważniejszych elementach i znowu poniosę porażkę. ale cóż, uczeń nie od razu staje się mistrzem. zwłaszcza podczas tak trudnej lekcji, jaką są relacje damsko-męskie...
Saturday, 8 January 2011
cała przyjemność po mojej stronie
nie wspomnieliśmy ani słowem na temat osobliwości naszego poznania się. nie dyskutowaliśmy też o dość zabawnej różnicy wieku między nami. rozmawialiśmy tak, jakbyśmy znali się od dawna i widywali regularnie.
mój stres rozpłynął się w mgnieniu oka, a po godzinie czułam się już wyjątkowo swobodnie. uświadomiłam sobie, że już od bardzo dawna nie prowadziłam z kimś tak ciekawej konwersacji i zupełnie zapomniałam, jakie to wspaniałe uczucie. w dodatku pozostał we mnie dręczący niedosyt. chcę jeszcze, chcę więcej. teraz, już. jestem totalnie oczarowana.
mój stres rozpłynął się w mgnieniu oka, a po godzinie czułam się już wyjątkowo swobodnie. uświadomiłam sobie, że już od bardzo dawna nie prowadziłam z kimś tak ciekawej konwersacji i zupełnie zapomniałam, jakie to wspaniałe uczucie. w dodatku pozostał we mnie dręczący niedosyt. chcę jeszcze, chcę więcej. teraz, już. jestem totalnie oczarowana.
Wednesday, 5 January 2011
Monday, 3 January 2011
nawet jeśli.
będę szukać. a czy odnajdę, to się dopiero okaże.
to jest właśnie moje postanowienie noworoczne - będę szukać. czego? czegoś, w co warto wierzyć. chcę to odnaleźć i dobrze się przy tym bawić, doświadczyć czegoś ciekawego, doznać nowych wrażeń. ale nie tylko. od dłuższego czasu pcha mnie do tego coraz silniejsza potrzeba, ponieważ mocno zawiodłam się na pewnych wartościach i innych rzeczach, w które wierzyłam wcześniej. a nie chcę być ateistką. nie chcę wierzyć w "nic", albo tylko w siebie. to zbyt płytkie i... nudne.
mam już pewien plan*, który powoli zaczęłam wprowadzać w życie. jeśli nie będę miała nic do stracenia, to zamierzam próbować wszystkiego, na co mi przyjdzie ochota. nawet, jeśli będzie to coś absurdalnie niemożliwego. bo dlaczego nie?
* plan - nie lubię tego słowa, ponieważ większość moich planów na samym planowaniu tylko się kończy. dlatego w tym momencie czynię postanowienie numer dwa - realizować wszystko, co nazwę planem. i nie używać tego słowa zbyt pochopnie.
to jest właśnie moje postanowienie noworoczne - będę szukać. czego? czegoś, w co warto wierzyć. chcę to odnaleźć i dobrze się przy tym bawić, doświadczyć czegoś ciekawego, doznać nowych wrażeń. ale nie tylko. od dłuższego czasu pcha mnie do tego coraz silniejsza potrzeba, ponieważ mocno zawiodłam się na pewnych wartościach i innych rzeczach, w które wierzyłam wcześniej. a nie chcę być ateistką. nie chcę wierzyć w "nic", albo tylko w siebie. to zbyt płytkie i... nudne.
mam już pewien plan*, który powoli zaczęłam wprowadzać w życie. jeśli nie będę miała nic do stracenia, to zamierzam próbować wszystkiego, na co mi przyjdzie ochota. nawet, jeśli będzie to coś absurdalnie niemożliwego. bo dlaczego nie?
* plan - nie lubię tego słowa, ponieważ większość moich planów na samym planowaniu tylko się kończy. dlatego w tym momencie czynię postanowienie numer dwa - realizować wszystko, co nazwę planem. i nie używać tego słowa zbyt pochopnie.
Sunday, 2 January 2011
take the lead
niesamowicie wkręciło mi się czyjeś "omyfygy lol".
moja przekorność w pewnych sytuacjach nie zna granic. i to jest naprawdę nieznośne. bo nie wezmę czegoś, co jest mi podane na tacy, wszystko ładnie, pięknie. nie. ja tupnę nogą, odwrócę się i wyruszę na polowanie. i to jeszcze wybiorę taki cel, żeby sobie jak najbardziej utrudnić sprawę.
ciekawe, jak będzie tym razem. w głowie mam totalny mętlik, zwłaszcza, że chyba sama tak do końca nie wiem, czego chcę.
moja przekorność w pewnych sytuacjach nie zna granic. i to jest naprawdę nieznośne. bo nie wezmę czegoś, co jest mi podane na tacy, wszystko ładnie, pięknie. nie. ja tupnę nogą, odwrócę się i wyruszę na polowanie. i to jeszcze wybiorę taki cel, żeby sobie jak najbardziej utrudnić sprawę.
ciekawe, jak będzie tym razem. w głowie mam totalny mętlik, zwłaszcza, że chyba sama tak do końca nie wiem, czego chcę.
podstępny przestrzenioczas
jaki dziś dzień tygodnia? - to pytanie zadaję od piątku średnio pięć razy w ciągu doby. właśnie sobie przypomniałam, że jutro jest poniedziałek, a do niedawna ambitnie planowałam dobrze przygotować się do czwartkowych i piątkowych zajęć dopóki nie uświadomiłam sobie, że mamy wtedy wolne. we wtorek czeka mnie zaliczenie z genetyki, do której nie kupiłam jeszcze skryptu. ale genetykę zaczęliśmy dopiero w grudniu, a angielski już na samym początku semestru. i co? książkę kupiłam tydzień temu. ciekawe, jakie niespodzianki czekają mnie jeszcze w najbliższym czasie.
moje nieogarnięcie znowu sięga szczytów, ale bardziej chce mi się z siebie śmiać, niż panikować. obym tylko pamiętała, że wszystko ma swoje granice, szczęście też.
moje nieogarnięcie znowu sięga szczytów, ale bardziej chce mi się z siebie śmiać, niż panikować. obym tylko pamiętała, że wszystko ma swoje granice, szczęście też.
Subscribe to:
Posts (Atom)