mimowolnie zadrżałam. bezlitosne zimno przenikło przez warstwy mojego ubrania aż do kości. odruchowo skuliłam się w sobie i szłam lekko pochylona, walcząc z wiatrem i broniąc się przed deszczem. wzrok wbiłam w ziemię, skupiając się na omijaniu podstępnych kałuż i starałam się nie myśleć o tym, co się dzieje dookoła.
wreszcie dosięgłam wzrokiem Plac Trzech Krzyży. mimo krótkiego odcinka, jaki dzieli Żurawią 32 od tego miejsca, miałam wrażenie, że pokonanie go zajęło mi całą wieczność. zwolniłam, żeby rozejrzeć się przed przejściem. mój wzrok powędrował wzdłuż ulicy Hożej, którą właśnie przeszłam i... zatrzymał się. dopiero wtedy uświadomiłam sobie, ile piękna minęłam po drodze, w ogóle go nie dostrzegając. zamrugałam. to było jak bajka.
po obu stronach ulicy rozpościerały się rzędy drzew w typowo jesiennych, intensywnie żółtych kreacjach, ale poprzetykanych jeszcze miejscami ciepłą zielenią. u ich stóp leżał dywan ze zgubionych już liści. cała ta parada niesamowicie kontrastowała z szarością chodnika i otaczających ją budynków. drzewa przyglądały się swoim odbiciom w świeżych kałużach, a ich gałęzie tańczyły na wietrze.
zatrzymałam się na moment, żeby zachować ten widok w pamięci. i pomimo tego, że pogoda wciąż wyraźnie okazywała swój zły humor, zrobiło mi się odrobinkę cieplej.
Thursday, 30 September 2010
Sunday, 26 September 2010
skrzydła
z namaszczeniem wręcz chwyciłam dwoma palcami mały, ceglastoczerwony przedmiot. w tym momencie poczułam lekki dreszcz, jakby prąd przeszedł od mojej dłoni i rozprzestrzenił się po całym ciele. uśmiechnęłam się. to tylko emocje, które w połączeniu z moim nowym uzależnieniem muzycznym w tle spowodowały to niezwykłe, kilkusekundowe wrażenie.
raz, dwa, trzy... i cztery.
och tak. brakowało mi tego.
raz, dwa, trzy... i cztery.
och tak. brakowało mi tego.
Friday, 24 September 2010
wristband
to już druga pełnia księżyca po tamtej lipcowej, zakopanej głęboko w pamięci.
do tej pory mam tą papierową opaskę na rękę 'smokers re-entry', za którą dałam funta, chociaż nie palę. chciałam tylko wyjść na chwilę, na cudowną chwilę.
pamiętam, jak się bałam, że nie on napisze. ja nie mogłam, bo nie wzięłam telefonu ze sobą i nie miałam jak zapisać jego numeru. ale on miał mój i napisał już następnego dnia.
do tej pory mam tą papierową opaskę na rękę 'smokers re-entry', za którą dałam funta, chociaż nie palę. chciałam tylko wyjść na chwilę, na cudowną chwilę.
pamiętam, jak się bałam, że nie on napisze. ja nie mogłam, bo nie wzięłam telefonu ze sobą i nie miałam jak zapisać jego numeru. ale on miał mój i napisał już następnego dnia.
Tuesday, 21 September 2010
go ahead and smile
zerkał na nią od momentu, gdy weszła do kawiarni.
menu nie było zbyt powalające. zamówiła więc zwyczajne latte, do którego dodała brązowego cukru. nie mieli nawet słodzika. zajęła miejsce kilka stolików dalej, przodem w jego stronę. nie zwróciła jednak na niego uwagi. jej myśli analizowały dalszy plan dnia, a wzrok omiatał rzadko odwiedzane miejsce. raz po razie zanurzała białą, plastikową łyżeczkę w mlecznokawowej piance. uwielbiała piankę. po chwili zauważyła spojrzenia nieznanego mężczyzny. a właściwie - poczuła je.
przyjrzała mu się ukradkiem, kiedy odwrócił wzrok. spodobał jej się. miał ciemne, faliste włosy opadające mu do uszu i lekki zarost w stylu Johnny'ego Deppa. w jego oczach było coś intrygującego. siedział sam, popijając kawę w niewielkiej filiżance. oceniła jego wiek na trzydzieści kilka lat. już miała znowu na niego spojrzeć, ale właśnie wtedy miejsce na przeciwko niej zajął inny mężczyzna. ten, z którym przybyła do kawiarni.
szybko pozbierała rozproszone chwilowo myśli i skoncentrowała je z powrotem na spotkaniu. nawiązali jakąś luźną konwersację. świetnie potrafiła udawać zainteresowanie. jej towarzysz raz odbierał, raz wykonywał jakiś bardzo ważny telefon, paląc przy tym papierosa, lub dwa, odłamując najpierw filtry. jakieś lajty. powiedział, że te czerwone są dla niego za mocne, więc pali te białe lajty bez filtra. na szczęście nie wpatrywał się w nią specjalnie, dlatego odważyła się spojrzeć przez jego ramię na siedzącego dalej bruneta. raz, drugi, trzeci. ich oczy za każdym razem się spotykały.
mężczyzna z papierosem bez filtra wstał nagle, żeby przynieść więcej cukru. ona tymczasem wykorzystała okazję i posłała brunetowi dłuższe, odważne spojrzenie, na co on odpowiedział jej uśmiechem. odwzajemniła. i opuściła wzrok w dół, nie wytrzymując dłużej. jej towarzysz powrócił z cukierniczką. nie mogła się skupić. wciąż zerkała mu przez ramię, coraz częściej i coraz bardziej bezczelnie.
po kilku wymienionych zdaniach i dwóch papierosach, obie filiżanki zostały opróżnione. zdecydowali się odejść. wstali zmierzając do wyjścia, ale ona specjalnie powlokła się o krok za swoim towarzyszem, aby nie zostać przyłapaną na tym, że za brunetem obejrzała się jeszcze dwa razy. a ten patrzył na nią, dopóki nie znikła mu z oczu. wspomnienie tego wzroku nie dawało jej spokoju jeszcze przez długi czas...
menu nie było zbyt powalające. zamówiła więc zwyczajne latte, do którego dodała brązowego cukru. nie mieli nawet słodzika. zajęła miejsce kilka stolików dalej, przodem w jego stronę. nie zwróciła jednak na niego uwagi. jej myśli analizowały dalszy plan dnia, a wzrok omiatał rzadko odwiedzane miejsce. raz po razie zanurzała białą, plastikową łyżeczkę w mlecznokawowej piance. uwielbiała piankę. po chwili zauważyła spojrzenia nieznanego mężczyzny. a właściwie - poczuła je.
przyjrzała mu się ukradkiem, kiedy odwrócił wzrok. spodobał jej się. miał ciemne, faliste włosy opadające mu do uszu i lekki zarost w stylu Johnny'ego Deppa. w jego oczach było coś intrygującego. siedział sam, popijając kawę w niewielkiej filiżance. oceniła jego wiek na trzydzieści kilka lat. już miała znowu na niego spojrzeć, ale właśnie wtedy miejsce na przeciwko niej zajął inny mężczyzna. ten, z którym przybyła do kawiarni.
szybko pozbierała rozproszone chwilowo myśli i skoncentrowała je z powrotem na spotkaniu. nawiązali jakąś luźną konwersację. świetnie potrafiła udawać zainteresowanie. jej towarzysz raz odbierał, raz wykonywał jakiś bardzo ważny telefon, paląc przy tym papierosa, lub dwa, odłamując najpierw filtry. jakieś lajty. powiedział, że te czerwone są dla niego za mocne, więc pali te białe lajty bez filtra. na szczęście nie wpatrywał się w nią specjalnie, dlatego odważyła się spojrzeć przez jego ramię na siedzącego dalej bruneta. raz, drugi, trzeci. ich oczy za każdym razem się spotykały.
mężczyzna z papierosem bez filtra wstał nagle, żeby przynieść więcej cukru. ona tymczasem wykorzystała okazję i posłała brunetowi dłuższe, odważne spojrzenie, na co on odpowiedział jej uśmiechem. odwzajemniła. i opuściła wzrok w dół, nie wytrzymując dłużej. jej towarzysz powrócił z cukierniczką. nie mogła się skupić. wciąż zerkała mu przez ramię, coraz częściej i coraz bardziej bezczelnie.
po kilku wymienionych zdaniach i dwóch papierosach, obie filiżanki zostały opróżnione. zdecydowali się odejść. wstali zmierzając do wyjścia, ale ona specjalnie powlokła się o krok za swoim towarzyszem, aby nie zostać przyłapaną na tym, że za brunetem obejrzała się jeszcze dwa razy. a ten patrzył na nią, dopóki nie znikła mu z oczu. wspomnienie tego wzroku nie dawało jej spokoju jeszcze przez długi czas...
Saturday, 18 September 2010
Low
"ty oficjalnie jesteś Samanthą!"
Elu. :*
dedykuję Ci to:
i obiecuję, że jeszcze niejeden parkiet zatrzęsie się pod naszymi stopami.
Elu. :*
dedykuję Ci to:
She turned around and gave that big booty a smack
She hit the floor
Next thing you know
Shawty got low, low, low, low, low, low, low, low!
She hit the floor
Next thing you know
Shawty got low, low, low, low, low, low, low, low!
i obiecuję, że jeszcze niejeden parkiet zatrzęsie się pod naszymi stopami.
Saturday, 11 September 2010
unravel
to było dwa lata temu.
herbaciarnia zen na olsztyńskiej starówce. dwuosobowy stolik przy ceglanej ścianie. powietrze wypełnione półmrokiem starej kamienicy i niezwykłością chwili. na stoliku najdoskonalsze frappe. a na przeciwko mnie osoba, z którą nie mam kontaktu już od ponad półtora roku. wtedy właśnie na jego empetrójce pierwszy raz usłyszałam ten kawałek. i... nie zrobił na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia. doceniłam go dopiero znacznie później. wsłuchałam się. i pokochałam go.
uzależnienie od tej piosenki już dawno mi przeszło, ale nadal ją lubię. nadal czasem słucham. dziś przypadkowo natknęłam się na nią przewijając po raz setny jakąś listę, którą jestem już do bólu znudzona. chociaż tak właściwie to powinnam napisać - zauważyłam ją wreszcie. bo ona jest tam przecież cały czas, tylko zwykle ją omijam. kojarzy mi się z osobą, której wspomnienie irytuje mnie do tej pory.
herbaciarnia zen na olsztyńskiej starówce. dwuosobowy stolik przy ceglanej ścianie. powietrze wypełnione półmrokiem starej kamienicy i niezwykłością chwili. na stoliku najdoskonalsze frappe. a na przeciwko mnie osoba, z którą nie mam kontaktu już od ponad półtora roku. wtedy właśnie na jego empetrójce pierwszy raz usłyszałam ten kawałek. i... nie zrobił na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia. doceniłam go dopiero znacznie później. wsłuchałam się. i pokochałam go.
uzależnienie od tej piosenki już dawno mi przeszło, ale nadal ją lubię. nadal czasem słucham. dziś przypadkowo natknęłam się na nią przewijając po raz setny jakąś listę, którą jestem już do bólu znudzona. chociaż tak właściwie to powinnam napisać - zauważyłam ją wreszcie. bo ona jest tam przecież cały czas, tylko zwykle ją omijam. kojarzy mi się z osobą, której wspomnienie irytuje mnie do tej pory.
Friday, 10 September 2010
Thursday, 9 September 2010
klepsydra
dopiero teraz dotarło do mnie to, co zrobiłam. i już nie mogę się wycofać.
moje przerażenie uformowało się w wielką lodową kulę wypełniającą wnętrzności. a jeśli się nie uda? a jeśli nie znajdę w sobie wystarczającej motywacji? a jeśli zmarnuję tą szansę?
jak to mówią - wszystko się może zdarzyć. ale podjęłam ten krok, bo wiem, że jestem w stanie temu sprostać. w końcu nie takie rzeczy się robiło. trzeba wreszcie pożegnać się z komfortową iluzją bezpieczeństwa, stawić czoła wyzwaniu i wziąć los we własne ręce.
w grudniu wszystko się okaże.
moje przerażenie uformowało się w wielką lodową kulę wypełniającą wnętrzności. a jeśli się nie uda? a jeśli nie znajdę w sobie wystarczającej motywacji? a jeśli zmarnuję tą szansę?
jak to mówią - wszystko się może zdarzyć. ale podjęłam ten krok, bo wiem, że jestem w stanie temu sprostać. w końcu nie takie rzeczy się robiło. trzeba wreszcie pożegnać się z komfortową iluzją bezpieczeństwa, stawić czoła wyzwaniu i wziąć los we własne ręce.
w grudniu wszystko się okaże.
Wednesday, 8 September 2010
200.
haven't heard such a beautiful song for ages.
"I love you" is so easy to say
But so many times it doesn't mean a thing
"I love you" could everything
As long as we don't know what love is
I think love is not in what we say, love is in what we do
And when we say we love we've got something to prove
What is love?
I think love is nothing but the truth
Something inside of me, something inside of you
Love is faith and loyalty
Love is sharing, love is to believe
I think that is what love could be
And so much more 'cause love is deep, love is deep
What is love?
I think love can be bold, love can be bear
Love can make you happy and lova can make you sad
Love can break your heart and love can hear your soul
Love can die and... love can roll.
"I love you" is so easy to say
But so many times it doesn't mean a thing
"I love you" could everything
As long as we don't know what love is
I think love is not in what we say, love is in what we do
And when we say we love we've got something to prove
What is love?
I think love is nothing but the truth
Something inside of me, something inside of you
Love is faith and loyalty
Love is sharing, love is to believe
I think that is what love could be
And so much more 'cause love is deep, love is deep
What is love?
I think love can be bold, love can be bear
Love can make you happy and lova can make you sad
Love can break your heart and love can hear your soul
Love can die and... love can roll.
the fall
moja matka mnie zadziwia. ma prawie 50 [tak, pięćdziesiąt] lat, a nadal cieszy się niemałym powodzeniem u mężczyzn. a ja mam nadzieję, że w jej wieku też będę taka zajebista.
Tuesday, 7 September 2010
antykwariat
nigdzie na świecie nie ma doskonalszej bitej śmietany od tej, którą podają na naleśnikach w olsztyńskim Green Way'u.
z Anną spędziłam cały dzień i nadal czuję niedosyt. nie mogłyśmy przestać gadać. opowieści z Izraela i Anglii chaotycznie przeplatały się między sobą. oby nic nie pominąć, oby o niczym nie zapomnieć. w wyobraźni odbywałyśmy te podróże znowu, ale tym razem we dwójkę.
miłość jej służy. oniemiałam ze zachwytu, kiedy zobaczyłam tą piękną, smukłą dziewczynę w butach na obcasie, krótkiej spódnicy i skórzanej kurtce. niegdyś fankę glanów, czarnego koloru i muzyki metalowej...
włosy, które pewna serbka porównała swego czasu do włosów Wenus z obrazu Botticellego, związała wysoko w kitkę, odkrywając bardzo kobiece rysy twarzy i doskonały kształt kości policzkowych, nad którymi błyszczały niebieskie oczy. no i... ach, zawsze zazdrościłam jej pełnych ust.
naładowałyśmy się wzajemnie pozytywną energią przywiezioną z dwóch różnych zakątków świata. wymieniłyśmy się nowymi doświadczeniami. podzieliłyśmy się swoimi problemami. zwierzyłyśmy się ze zmartwień. wypryskałyśmy się cudownymi i okropnie drogimi perfumami w Douglasie. objadłyśmy się ww. naleśnikami. i rozstałyśmy się wieczorem po długich pożegnaniach [och, ach!] i z nadzieją szybkiego ponownego spotkania.
z Anną spędziłam cały dzień i nadal czuję niedosyt. nie mogłyśmy przestać gadać. opowieści z Izraela i Anglii chaotycznie przeplatały się między sobą. oby nic nie pominąć, oby o niczym nie zapomnieć. w wyobraźni odbywałyśmy te podróże znowu, ale tym razem we dwójkę.
miłość jej służy. oniemiałam ze zachwytu, kiedy zobaczyłam tą piękną, smukłą dziewczynę w butach na obcasie, krótkiej spódnicy i skórzanej kurtce. niegdyś fankę glanów, czarnego koloru i muzyki metalowej...
włosy, które pewna serbka porównała swego czasu do włosów Wenus z obrazu Botticellego, związała wysoko w kitkę, odkrywając bardzo kobiece rysy twarzy i doskonały kształt kości policzkowych, nad którymi błyszczały niebieskie oczy. no i... ach, zawsze zazdrościłam jej pełnych ust.
naładowałyśmy się wzajemnie pozytywną energią przywiezioną z dwóch różnych zakątków świata. wymieniłyśmy się nowymi doświadczeniami. podzieliłyśmy się swoimi problemami. zwierzyłyśmy się ze zmartwień. wypryskałyśmy się cudownymi i okropnie drogimi perfumami w Douglasie. objadłyśmy się ww. naleśnikami. i rozstałyśmy się wieczorem po długich pożegnaniach [och, ach!] i z nadzieją szybkiego ponownego spotkania.
Sunday, 5 September 2010
will u take me to the Neverland?
pamiętam, jak pewniej nocy zrobiłam mu kilka ładnych malinek na szyi, za które następnego dnia dostał opierdol w pracy od szefa. hi hi.
Saturday, 4 September 2010
puzzled
so weird. can't get used to this place again. it feels like i've left a huge part of myself overseas... Warsaw seems so tiny! and i won't even dare to mention my lovely hometown.
i miss that city which is hundreds times as big as this one. i miss the place which is so vibrant with life all the time. where people are much more open minded and spontaneous. where the weather goes crazy everyday but still it's warmer than here. where you can cross the road like a fool and u won't get fined. where u can drink your beer or whatever in any place outside u want. where u can smile to a stranger in the tube and no one thinks u r insane.
sure i complained there, all the time! especially about riding by the left side of the road, about an awful bread or no possibility to buy an alcohol after 11pm. about the crowds of annoying tourists, about such a long time wasted to get anywhere further than the town centre, about the rain and the prices.
now i can see it was just nothing. but being there, i thought i could never stay longer in London. i thought i miss my country so badly. can't belive how wrong i was! actually, there were 'only' some people i missed. i wish i could bring them there..! but obviously u can't get everything u want.
i started to feel like those two months which passed so quickly were only kind of a dream or something. i can't imagine the upcoming academic year and i try to beat the impression that i should be somewhere else right now...
i miss that city which is hundreds times as big as this one. i miss the place which is so vibrant with life all the time. where people are much more open minded and spontaneous. where the weather goes crazy everyday but still it's warmer than here. where you can cross the road like a fool and u won't get fined. where u can drink your beer or whatever in any place outside u want. where u can smile to a stranger in the tube and no one thinks u r insane.
sure i complained there, all the time! especially about riding by the left side of the road, about an awful bread or no possibility to buy an alcohol after 11pm. about the crowds of annoying tourists, about such a long time wasted to get anywhere further than the town centre, about the rain and the prices.
now i can see it was just nothing. but being there, i thought i could never stay longer in London. i thought i miss my country so badly. can't belive how wrong i was! actually, there were 'only' some people i missed. i wish i could bring them there..! but obviously u can't get everything u want.
i started to feel like those two months which passed so quickly were only kind of a dream or something. i can't imagine the upcoming academic year and i try to beat the impression that i should be somewhere else right now...
Wednesday, 1 September 2010
two babes and a cat
nie wierzę! nie wierzę w to, że z łatwością byłam w stanie pozbyć się dwóch worków z niepotrzebnymi ciuchami. zawsze wydaje mi się, że to wszystko może mi się przydać, ale tym razem postanowiłam nie wmawiać sobie takich bzdur. wszystkie moje piękne szmatki oraz butki [których naliczyłam trzydzieści jeden par] zadomowiły się już na półkach i teraz została mi do uporządkowania 'tylko' góra drobiazgów, biżuterii, kosmetyków i sterta papierów.
nienawidzę przeprowadzek.
Subscribe to:
Posts (Atom)