nigdzie na świecie nie ma doskonalszej bitej śmietany od tej, którą podają na naleśnikach w olsztyńskim Green Way'u.
z Anną spędziłam cały dzień i nadal czuję niedosyt. nie mogłyśmy przestać gadać. opowieści z Izraela i Anglii chaotycznie przeplatały się między sobą. oby nic nie pominąć, oby o niczym nie zapomnieć. w wyobraźni odbywałyśmy te podróże znowu, ale tym razem we dwójkę.
miłość jej służy. oniemiałam ze zachwytu, kiedy zobaczyłam tą piękną, smukłą dziewczynę w butach na obcasie, krótkiej spódnicy i skórzanej kurtce. niegdyś fankę glanów, czarnego koloru i muzyki metalowej...
włosy, które pewna serbka porównała swego czasu do włosów Wenus z obrazu Botticellego, związała wysoko w kitkę, odkrywając bardzo kobiece rysy twarzy i doskonały kształt kości policzkowych, nad którymi błyszczały niebieskie oczy. no i... ach, zawsze zazdrościłam jej pełnych ust.
naładowałyśmy się wzajemnie pozytywną energią przywiezioną z dwóch różnych zakątków świata. wymieniłyśmy się nowymi doświadczeniami. podzieliłyśmy się swoimi problemami. zwierzyłyśmy się ze zmartwień. wypryskałyśmy się cudownymi i okropnie drogimi perfumami w Douglasie. objadłyśmy się ww. naleśnikami. i rozstałyśmy się wieczorem po długich pożegnaniach [och, ach!] i z nadzieją szybkiego ponownego spotkania.
Tuesday, 7 September 2010
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
0 comments:
Post a Comment