Monday, 28 February 2011
myśli spod poduszki
wczoraj minął dokładnie rok istnienia tego bloga. nie wierzyłam, że tyle on przetrwa, kiedy go zakładałam. prawdę mówiąc, zawsze byłam przekonana, że nie nadaję się do pisania. jednak w pewnym momencie poczułam potrzebę, żeby właśnie w ten sposób dawać upust swojej wenie. i tak efekt tego pomysłu skończył pierwsze urodziny.
black swan
zbliżała się już północ. w opustoszałej damskiej toalecie było nienaturalnie cicho, co potęgowało odgłos moich kroków. wiedziałam, że jestem sama, ale nie mogłam pozbyć się dziwnego wrażenia, że jest inaczej.
od stacji metra szłam do domu szybkim krokiem, chcąc jak najszybciej się tam znaleźć. jakiś człowiek stojący za szybą sprawiał wrażenie, jakby mnie obserwował. nie, chwila... to przecież tylko sklepowy manekin. ale twarz dziecka na jednym z plakatów miała niesamowicie czarne oczy. wpatrujące się we mnie. upiorne. a każdy z mijanych krzaków zdawał się kogoś ukrywać. kilkakrotnie też byłam niemalże pewna, że gdzieś dostrzegłam jakiś ruch. wyobraźnia wymykała mi się spod kontroli, przez co pierwszy raz od bardzo długiego czasu czułam lęk podczas nocnego powrotu. cieszyłam się, że w uszach brzmiała mi muzyka z ipoda, która zagłuszała nieco ogarniający mnie strach. bez tego byłabym chyba bliska zawału. dotarcie do drzwi mieszkania sprawiło mi niesamowitą ulgę.
może był to efekt zmęczenia i niewyspania. a może to ten film tak na mnie podziałał. Black Swan. tak naprawdę, to miałam ochotę na luźną komedię, ale minionego wieczoru w repertuarze Kinoteki nie było zbyt wielkiego wyboru. jednak nie żałuję. obejrzany dramat zrobił na mnie kolosalne wrażenie, czego w ogóle się nie spodziewałam. opisując go w trzech słowach, był... brutalny. intrygujący. i zupełnie nieprzewidywalny. dzięki niemu uwierzyłam, że w czasach, kiedy wyczerpały się chyba wszystkie tematy nadające się na film, wciąż możliwe jest stworzenie dzieła. przez cały czas jego trwania siedziałam jak na szpilkach, kompletnie zapominając o zmęczeniu. w pewnych momentach musiałam zakryć dłonią oczy, w innych przygryzałam wargi, albo mimowolnie się uśmiechałam. muzyka doskonale kształtowała atmosferę, a aktorzy dobrani byli idealnie. ale nie obejrzę tego po raz drugi. ten film należy do tych, które zobaczyć wystarczy tylko raz.
w sumie trochę się sobie dziwię, ponieważ w kwestii kina jestem bardzo wybredna. mam sprecyzowany gust, który obejmuje dość wąski zakres. tak więc, panie Aronofsky, może być pan z siebie dumny.
od stacji metra szłam do domu szybkim krokiem, chcąc jak najszybciej się tam znaleźć. jakiś człowiek stojący za szybą sprawiał wrażenie, jakby mnie obserwował. nie, chwila... to przecież tylko sklepowy manekin. ale twarz dziecka na jednym z plakatów miała niesamowicie czarne oczy. wpatrujące się we mnie. upiorne. a każdy z mijanych krzaków zdawał się kogoś ukrywać. kilkakrotnie też byłam niemalże pewna, że gdzieś dostrzegłam jakiś ruch. wyobraźnia wymykała mi się spod kontroli, przez co pierwszy raz od bardzo długiego czasu czułam lęk podczas nocnego powrotu. cieszyłam się, że w uszach brzmiała mi muzyka z ipoda, która zagłuszała nieco ogarniający mnie strach. bez tego byłabym chyba bliska zawału. dotarcie do drzwi mieszkania sprawiło mi niesamowitą ulgę.
może był to efekt zmęczenia i niewyspania. a może to ten film tak na mnie podziałał. Black Swan. tak naprawdę, to miałam ochotę na luźną komedię, ale minionego wieczoru w repertuarze Kinoteki nie było zbyt wielkiego wyboru. jednak nie żałuję. obejrzany dramat zrobił na mnie kolosalne wrażenie, czego w ogóle się nie spodziewałam. opisując go w trzech słowach, był... brutalny. intrygujący. i zupełnie nieprzewidywalny. dzięki niemu uwierzyłam, że w czasach, kiedy wyczerpały się chyba wszystkie tematy nadające się na film, wciąż możliwe jest stworzenie dzieła. przez cały czas jego trwania siedziałam jak na szpilkach, kompletnie zapominając o zmęczeniu. w pewnych momentach musiałam zakryć dłonią oczy, w innych przygryzałam wargi, albo mimowolnie się uśmiechałam. muzyka doskonale kształtowała atmosferę, a aktorzy dobrani byli idealnie. ale nie obejrzę tego po raz drugi. ten film należy do tych, które zobaczyć wystarczy tylko raz.
w sumie trochę się sobie dziwię, ponieważ w kwestii kina jestem bardzo wybredna. mam sprecyzowany gust, który obejmuje dość wąski zakres. tak więc, panie Aronofsky, może być pan z siebie dumny.
Thursday, 24 February 2011
going the distance
udajemy, bo boimy się konfrontacji z brutalną rzeczywistością. udajemy, że wszystko jest w porządku, że nie pamiętamy, że nie mamy za złe, że pewne rzeczy nas nie obchodzą.
w pewnych sytuacjach działania takie są słuszne. czasem lepiej jest uniknąć zbędnej dyskusji, zwłaszcza jeśli do niczego dobrego to nie prowadzi. ale na dłuższą metę ciągłe ukrywanie swoich prawdziwych myśli i odczuć na tematy bardzo ważne, mimo tego, że przeszłe, wytwarza niewygodnie fałszywą atmosferę. budzi pytania i wątpliwości dotyczące intencji związanych z tym osób oraz ten nieprzyjemny, chłodny dystans.
każdy to ukrywa, lecz każdy pamięta.
w pewnych sytuacjach działania takie są słuszne. czasem lepiej jest uniknąć zbędnej dyskusji, zwłaszcza jeśli do niczego dobrego to nie prowadzi. ale na dłuższą metę ciągłe ukrywanie swoich prawdziwych myśli i odczuć na tematy bardzo ważne, mimo tego, że przeszłe, wytwarza niewygodnie fałszywą atmosferę. budzi pytania i wątpliwości dotyczące intencji związanych z tym osób oraz ten nieprzyjemny, chłodny dystans.
każdy to ukrywa, lecz każdy pamięta.
Wednesday, 23 February 2011
Tuesday, 22 February 2011
there are some things I hate about you, guys
o nie. nikomu nie pozwolę lekceważyć mnie i mojego czasu. ani opowiadać zmyślonych bajek o mnie za moimi plecami. ani obrażać ludzi, których lubię i przy okazji mojego gustu.
tak trudno jest ci odpowiednio wcześniej mnie uprzedzić, że nie zdążysz na spotkanie? to spierdalaj. cokolwiek by się u ciebie nie działo, nie zamierzam specjalnie cię traktować i stawiać się na każde skinienie o każdej porze.
naprawdę tak bardzo dowartościowują cię te niestworzone opowieści, w które mnie mieszasz? taką dużą masz z tego satysfakcję? i naprawdę uważasz, że o niczym się nie dowiem? świetnie. gadaj sobie na zdrowie, tylko pamiętaj, że kłamstwo ma krótkie nogi, a ja nie zawaham się ciebie skompromitować.
nie podoba ci się moje zdanie na pewne tematy? uważasz, że to, co leży w moich zainteresowaniach jest beznadziejne, a fakt, iż nie lubię tego samego, co ty, czyni mnie nudną i głupią? super. wielkie dzięki. a wiesz, jak bardzo mnie to obchodzi? pewnie bardzo cię rozczaruję, ale ani trochę. i nie, nie zmienię swojego zdania, ani tym bardziej gustu.
tak trudno jest ci odpowiednio wcześniej mnie uprzedzić, że nie zdążysz na spotkanie? to spierdalaj. cokolwiek by się u ciebie nie działo, nie zamierzam specjalnie cię traktować i stawiać się na każde skinienie o każdej porze.
naprawdę tak bardzo dowartościowują cię te niestworzone opowieści, w które mnie mieszasz? taką dużą masz z tego satysfakcję? i naprawdę uważasz, że o niczym się nie dowiem? świetnie. gadaj sobie na zdrowie, tylko pamiętaj, że kłamstwo ma krótkie nogi, a ja nie zawaham się ciebie skompromitować.
nie podoba ci się moje zdanie na pewne tematy? uważasz, że to, co leży w moich zainteresowaniach jest beznadziejne, a fakt, iż nie lubię tego samego, co ty, czyni mnie nudną i głupią? super. wielkie dzięki. a wiesz, jak bardzo mnie to obchodzi? pewnie bardzo cię rozczaruję, ale ani trochę. i nie, nie zmienię swojego zdania, ani tym bardziej gustu.
Sunday, 20 February 2011
no. 300
All I want is the best for our lives my dear,
and you know my wishes are sincere.
mam wrażenie, jakbym stała na bardzo cienkiej i kruchej tafli lodu, pod którą rozciąga się głębia śmiertelnie lodowatej wody. muszę niezwykle ostrożnie stawiać kroki, aby nie dopuścić do pęknięcia. w pewnych miejscach takie uszkodzenia muszę nawet naprawić, żeby móc iść dalej. poruszam się powoli i analizuję każdy ruch, aby nie popełniać znowu tych samych błędów i nie działać zbyt pochopnie. czasem się zatrzymuję, aby przemyśleć sytuację, co wydłuża podróż, ale zwiększa szanse na sukces. czasem jednak staję w złym miejscu, przez co lód pęka, a ja mam nauczkę po zimnej kąpieli. czasem też obiorę złą trasę i muszę się wracać, żeby odnaleźć właściwą drogę. podczas całej wędrówki staram się mieć oczy i uszy szeroko otwarte i wyciągać jak najwięcej wniosków. na nich właśnie opiera się każdy następny krok. nie jest to łatwa trasa, ale nie da się jej uniknąć.
tak jak nie da się uniknąć zetknięcia się z drugim człowiekiem. chyba że mieszka się na pustyni, w środku tundry, na biegunie polarnym, albo na bezludnej wyspie.
bo ten cały lód jest jak sieć relacji międzyludzkich.
and you know my wishes are sincere.
mam wrażenie, jakbym stała na bardzo cienkiej i kruchej tafli lodu, pod którą rozciąga się głębia śmiertelnie lodowatej wody. muszę niezwykle ostrożnie stawiać kroki, aby nie dopuścić do pęknięcia. w pewnych miejscach takie uszkodzenia muszę nawet naprawić, żeby móc iść dalej. poruszam się powoli i analizuję każdy ruch, aby nie popełniać znowu tych samych błędów i nie działać zbyt pochopnie. czasem się zatrzymuję, aby przemyśleć sytuację, co wydłuża podróż, ale zwiększa szanse na sukces. czasem jednak staję w złym miejscu, przez co lód pęka, a ja mam nauczkę po zimnej kąpieli. czasem też obiorę złą trasę i muszę się wracać, żeby odnaleźć właściwą drogę. podczas całej wędrówki staram się mieć oczy i uszy szeroko otwarte i wyciągać jak najwięcej wniosków. na nich właśnie opiera się każdy następny krok. nie jest to łatwa trasa, ale nie da się jej uniknąć.
tak jak nie da się uniknąć zetknięcia się z drugim człowiekiem. chyba że mieszka się na pustyni, w środku tundry, na biegunie polarnym, albo na bezludnej wyspie.
bo ten cały lód jest jak sieć relacji międzyludzkich.
Friday, 18 February 2011
forbidden fruit
pod wzrokiem tym mimowolnie uginają mi się kolana, a wyobraźnia błądzi w rejony, do których nie śmiałabym się przyznać...
Thursday, 17 February 2011
it will never be the same again
sama nie wiem, czy tego chcę. teraz jest zupełnie inaczej... i nie mogę pozbyć się tego bolesnego ukłucia żalu w środku. doskonale wiem, że już nigdy nie będzie, tak jak kiedyś. tęsknię za tym "kiedyś". ale z drugiej strony wiem też, że pewne rzeczy po prostu się zmieniają i na tym polega życie. dlatego chcę spróbować i zobaczyć, co będzie dalej. chcę dać temu szansę. bez nacisków i bez presji.
Tuesday, 15 February 2011
I guess it's called yearning
są osoby, które poznaje się z daleka po samym sposobie poruszania się. takie, których głosu nigdy się nie zapomina. takie, które nie potrzebują wyjaśnień. takie, które rozumieją pewne rzeczy bez słów. takie, których śmiech jest najpiękniejszym prezentem. takie, których charakterem mimowolnie się przesiąka. takie, z którymi nie tylko dobrze się rozmawia, ale i milczy. takie, których gesty i odruchy zna się na pamięć. takie, których brak odczuwa się wyjątkowo dotkliwie. takie, którym wybacza się najgorsze.
Monday, 14 February 2011
love is sick
mijałam wczoraj serca. powyrywane, krwawiące, krzyczące, cierpiące. należały do ludzi zakochanych. jedni chcieli się ich pozbyć, inni sprzedać, jeszcze inni pragnęli w okrutny sposób je zniszczyć.
love is sick. tak brzmi tytuł tej wystawy. mieści się ona na puławskiej. reprodukcje tych osobliwych dzieł wiszą na ogrodzeniu jakiegoś parku. przechodziłam tamtędy już kilka razy, ale dopiero wczoraj wieczorem zwróciłam na nie większą uwagę. i przyznać muszę, że zapadły mi w pamięć.
love is sick. tak brzmi tytuł tej wystawy. mieści się ona na puławskiej. reprodukcje tych osobliwych dzieł wiszą na ogrodzeniu jakiegoś parku. przechodziłam tamtędy już kilka razy, ale dopiero wczoraj wieczorem zwróciłam na nie większą uwagę. i przyznać muszę, że zapadły mi w pamięć.
Saturday, 12 February 2011
wściekły wulkan
twoja zazdrość jest tak zabawna, że im bardziej ją ujawniasz, tym bardziej ja mam ochotę dalej cię prowokować, żeby zobaczyć, co się jeszcze może stać i jak dalekie są twoje granice cierpliwości.
Thursday, 10 February 2011
I love listening to lies
po co tam wracasz? czego tam szukasz? jego już tam nie ma. a w miejscach, gdzie jeszcze czasem się pojawia, nie ma od dawna niczego dla ciebie.
wspomnienia tylko pogarszają sprawę. nie odkopuj, nie dotykaj. niech ziemia przykrywa je coraz bardziej, aż strawi je czas i pozostaną tylko strzępy, a reszta odejdzie w zapomnienie.
wszystko już dawno zgasło, nie widać nawet cienia dymu. ale ja wciąż i wciąż nie potrafię nacisnąć jednego, głupiego przycisku i odciąć się raz na zawsze. nie... ty to zrób.
wspomnienia tylko pogarszają sprawę. nie odkopuj, nie dotykaj. niech ziemia przykrywa je coraz bardziej, aż strawi je czas i pozostaną tylko strzępy, a reszta odejdzie w zapomnienie.
wszystko już dawno zgasło, nie widać nawet cienia dymu. ale ja wciąż i wciąż nie potrafię nacisnąć jednego, głupiego przycisku i odciąć się raz na zawsze. nie... ty to zrób.
Wednesday, 9 February 2011
cage
nie, nie, nie... nie!
skąd ten lęk? czego ja się boję?
rytmiczny i szybki stukot kółek mojej walizki o podłoże napędzał jeszcze bardziej moje rozbiegane myśli. byłam niemal pewna, że ten krótki pobyt w domu mnie od nich uwolni, a może nawet uda mi się odnaleźć odpowiedzi na pewne dręczące pytania. niestety tak się nie stało. jeszcze intensywniej się pogrążałam. wyborów mam kilka i już za dużo. najgorsze jest to, że prawdopodobnie każda decyzja będzie nieodwracalna, więc metoda 'prób i błędów' absolutnie odpada. w dodatku każdej z nich mogę bardzo pożałować w przyszłości.
rozum mówi co innego, a intuicja co innego. a ja znów nie wiem, która ze stron jest bardziej warta posłuchania...
skąd ten lęk? czego ja się boję?
rytmiczny i szybki stukot kółek mojej walizki o podłoże napędzał jeszcze bardziej moje rozbiegane myśli. byłam niemal pewna, że ten krótki pobyt w domu mnie od nich uwolni, a może nawet uda mi się odnaleźć odpowiedzi na pewne dręczące pytania. niestety tak się nie stało. jeszcze intensywniej się pogrążałam. wyborów mam kilka i już za dużo. najgorsze jest to, że prawdopodobnie każda decyzja będzie nieodwracalna, więc metoda 'prób i błędów' absolutnie odpada. w dodatku każdej z nich mogę bardzo pożałować w przyszłości.
rozum mówi co innego, a intuicja co innego. a ja znów nie wiem, która ze stron jest bardziej warta posłuchania...
Monday, 7 February 2011
Sunday, 6 February 2011
la tortura
przeszywa mnie dreszcz, kiedy słucham tego kawałka. i za każdym razem zastanawiam się, dlaczego akurat w ten sposób mi się on kojarzy.
liczyłam na uspokojenie się morza moich emocji, ale dzieje się oczywiście na przekór. zamiast spodziewanego czystego nieba i delikatnych fal, pojawił się gwałtowny sztorm i ulewy. już myślałam, że wszystko uporządkowałam, że panuję nad sytuacją, że nie będę się przejmować i zamartwiać. odsunęłam od siebie to, co chciałam odsunąć i byłam pewna, że wszystko mam pod kontrolą.
ale wystarczył jeden wieczór, żebym przekonała się, jak bardzo się myliłam. nie pierwszy raz czułam się roztrzaskana na tysiąc kawałeczków, ale tym razem nie za pomocą kamienia, tylko granatu. z jednej strony chciałam tam zostać, bez względu na to, co by się działo, ale z drugiej strony, coś mnie pchało do tego, żeby wybiec i tak biec, byle dalej, aż do utraty tchu...
zostałam. to było silniejsze ode mnie. bitwa sprzeczności, jaka toczyła się we mnie, wpędziła mnie w stan napięcia, które zmiejszyć mógł tylko alkohol i przekonująca maska z szerokim uśmiechem na twarzy. nie było tak źle, jak mogło być, ale wciąż nie wiem, czy dobrze zrobiłam zostając. zalała mnie kolejna lawina niekończących się przemyśleń. przeraża mnie to, że pewne rzeczy mogę nadinterpretować, przez co znowu, coraz silniej się nakręcam. a to może się dla mnie źle skończyć.
widocznie los dba o to, żebym absolutnie się nie nudziła. wychodzi mu to świetnie, ale dylemat, przed którym teraz stoję, wcale nie wydaje mi się zabawny.
wolałabym, żeby nie działo się NIC, niż żeby działo się TO.
liczyłam na uspokojenie się morza moich emocji, ale dzieje się oczywiście na przekór. zamiast spodziewanego czystego nieba i delikatnych fal, pojawił się gwałtowny sztorm i ulewy. już myślałam, że wszystko uporządkowałam, że panuję nad sytuacją, że nie będę się przejmować i zamartwiać. odsunęłam od siebie to, co chciałam odsunąć i byłam pewna, że wszystko mam pod kontrolą.
ale wystarczył jeden wieczór, żebym przekonała się, jak bardzo się myliłam. nie pierwszy raz czułam się roztrzaskana na tysiąc kawałeczków, ale tym razem nie za pomocą kamienia, tylko granatu. z jednej strony chciałam tam zostać, bez względu na to, co by się działo, ale z drugiej strony, coś mnie pchało do tego, żeby wybiec i tak biec, byle dalej, aż do utraty tchu...
zostałam. to było silniejsze ode mnie. bitwa sprzeczności, jaka toczyła się we mnie, wpędziła mnie w stan napięcia, które zmiejszyć mógł tylko alkohol i przekonująca maska z szerokim uśmiechem na twarzy. nie było tak źle, jak mogło być, ale wciąż nie wiem, czy dobrze zrobiłam zostając. zalała mnie kolejna lawina niekończących się przemyśleń. przeraża mnie to, że pewne rzeczy mogę nadinterpretować, przez co znowu, coraz silniej się nakręcam. a to może się dla mnie źle skończyć.
widocznie los dba o to, żebym absolutnie się nie nudziła. wychodzi mu to świetnie, ale dylemat, przed którym teraz stoję, wcale nie wydaje mi się zabawny.
wolałabym, żeby nie działo się NIC, niż żeby działo się TO.
Saturday, 5 February 2011
zimny prysznic
rozmowa z nią była jak ostateczne zamknięcie drzwi za tym rozdziałem z przeszłości. otrząsnęłam się z resztek poczucia winy, ale wspomnienie minionego bólu spłynęło po mnie jak woda. teraz dziwię się, w jaki sposób podchodziłam do tego wcześniej. zamknęłam drzwi, ale jednocześnie szerzej otworzyłam oczy. miała rację. i wystarczyło mi samo jej spojrzenie, żeby ostatecznie otrzeźwieć i przestać się nad tym zastanawiać.
Friday, 4 February 2011
explosion
w miarę, jak zbliżał się punkt kulminacyjny, coraz mocniej napinałam wszystkie mięśnie. bardzo powoli, ale intensywnie zalewała mnie fala czystej przyjemności, stopniowo wypełniając każdą komórkę mojego ciała. zaczęłam drżeć. wszystkie moje zmysły zwróciły się do wnętrza, a to, co działo się dookoła, nie miało w tamtym momencie żadnego znaczenia. zacisnęłam powieki, a mój oddech przyspieszył i stawał się coraz płytszy. czułam, że tracę kontrolę nad mięśniami, że już nie wiem, co się ze mną dzieje, że zaraz nastąpi eksplozja...
i wtedy właśnie się obudziłam.
i wtedy właśnie się obudziłam.
Thursday, 3 February 2011
hierarchia
elementy tej skomplikowanej układanki wysypują mi się z rąk. chyba pierwszy raz tak trudno jest mi zdecydować, jak to poukładać. co powinno stać wyżej, a co niżej? co jest ważniejsze, a co nieistotne? wielokrotnie wznosiłam tą konstrukcję, starając się nie zapomnieć o żadnym detalu. jednak za każdym razem znajdywało się coś, co burzyło wszystko, utrudniając dodatkowo kolejną budowę.
czasem żałuję, że mam tendencję do psychologicznego analizowania zachowań otaczających mnie ludzi. nie potrafię o tym nie myśleć, co momentami jest dosłownie wykańczające, ale zrozumiałe po tym, co już przeszłam. zgromadziłam w sobie mnóstwo nieufności, a stwarzanie pozorów tak mocno weszło mi w krew, że momentami przestaję już być tego świadoma...
mam wrażenie, jakby dopadała mnie rezygnacja. upłynęło już po prostu zbyt dużo czasu, a z tej perspektywy nie działa on na moją korzyść.
czasem żałuję, że mam tendencję do psychologicznego analizowania zachowań otaczających mnie ludzi. nie potrafię o tym nie myśleć, co momentami jest dosłownie wykańczające, ale zrozumiałe po tym, co już przeszłam. zgromadziłam w sobie mnóstwo nieufności, a stwarzanie pozorów tak mocno weszło mi w krew, że momentami przestaję już być tego świadoma...
mam wrażenie, jakby dopadała mnie rezygnacja. upłynęło już po prostu zbyt dużo czasu, a z tej perspektywy nie działa on na moją korzyść.
Tuesday, 1 February 2011
love me or hate me
to dla mnie typowe. mój nastrój znów przeskoczył z jednej skrajności w drugą w ciągu zaledwie doby. lubię tą cechę oczywiście tylko wtedy, kiedy ten 'przeskok' jest powodem gwałtownej poprawy.
podczas weekendu zgromadziłam w sobie zadziwiająco dużo napięcia. nie dość, że nie dane było mi się wyspać, to jeszcze bardzo rozczarowały mnie pewne osoby, po których raczej bym się tego nie spodziewała. wszystko działo się inaczej, niż chciałam. a paradoksalnie dzisiejszy dzień [31.01], znienawidzony powszechnie poniedziałek, od samego rana układał się po mojej myśli. udało mi się uwolnić od nadmiaru stresu, ale coś jeszcze zostało...
ona mnie znienawidzi.
podczas weekendu zgromadziłam w sobie zadziwiająco dużo napięcia. nie dość, że nie dane było mi się wyspać, to jeszcze bardzo rozczarowały mnie pewne osoby, po których raczej bym się tego nie spodziewała. wszystko działo się inaczej, niż chciałam. a paradoksalnie dzisiejszy dzień [31.01], znienawidzony powszechnie poniedziałek, od samego rana układał się po mojej myśli. udało mi się uwolnić od nadmiaru stresu, ale coś jeszcze zostało...
ona mnie znienawidzi.
Subscribe to:
Posts (Atom)