to było dwa lata temu.
herbaciarnia zen na olsztyńskiej starówce. dwuosobowy stolik przy ceglanej ścianie. powietrze wypełnione półmrokiem starej kamienicy i niezwykłością chwili. na stoliku najdoskonalsze frappe. a na przeciwko mnie osoba, z którą nie mam kontaktu już od ponad półtora roku. wtedy właśnie na jego empetrójce pierwszy raz usłyszałam ten kawałek. i... nie zrobił na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia. doceniłam go dopiero znacznie później. wsłuchałam się. i pokochałam go.
uzależnienie od tej piosenki już dawno mi przeszło, ale nadal ją lubię. nadal czasem słucham. dziś przypadkowo natknęłam się na nią przewijając po raz setny jakąś listę, którą jestem już do bólu znudzona. chociaż tak właściwie to powinnam napisać - zauważyłam ją wreszcie. bo ona jest tam przecież cały czas, tylko zwykle ją omijam. kojarzy mi się z osobą, której wspomnienie irytuje mnie do tej pory.
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
1 comments:
...nie uważasz, że gdyby nie takie irytacje, czasami było by to wszystko bez sensu? :)
Keep on going:)
Post a Comment