niebo zalane było ognistą pomarańczą zachodzącego słońca, co tworzyło niesamowity kontrast z ponurą szarością rozproszonych chmur. kiedy wznieśliśmy się wyżej, zmieniły się one w puszysty dywan pod nami, a na górze widać było już tylko blaknące smugi ciepłego różu, przechodzącego stopniowo w ciemniejący błękit. z czasem zrobiło się zupełnie granatowo, tak że jedynymi widocznymi obiektami stały się skupiska miejskich świateł, przepływające powoli w dole.
patrzyłam na to wszystko przez małe okienko samolotu, odizolowana od otoczenia dzięki red hot chilli peppers w moich słuchawkach. leciałam do warszawy w dobrym humorze, mimo tego, że zostawiałam za sobą ukochane miejsce i wielu wspaniałych ludzi. ale mój intuicyjny spokój podpowiadał mi, że jeszcze tam wrócę.
Saturday, 3 September 2011
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
0 comments:
Post a Comment