było już po czwartej w nocy. leżałam pod kołdrą i półprzytomnym wzrokiem patrzyłam jak świeża, ciemnoczerwona krew wypełnia kolejno dwie strzykawki: jedną mniejszą, drugą większą. a władał nimi ktoś, kogo myślałam, że całkiem dobrze znam. jednak dopiero wtedy okazało się, jak bardzo się myliłam.
dawca siedział zrelaksowany na fotelu bez cienia zdenerwowania na twarzy, mimo tego, że druga igła była znacznie grubsza. doszłam do wniosku, że przywykł już do tego, chociaż nie wiedziałam dokładnie, jak często pozwalał sobie to robić.
nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ta krew nie służyła ani do badania, ani do eksperymentu, ani do transfuzji, ani do analizy, ani do żadnej z podobnych czynności. pobrana została w zwykłym mieszkaniu i bynajmniej nie przez lekarza, ani pielęgniarkę. a z obu strzykawek trafiła do... szklanki.
to, czego dowiedziałam się tamtego wieczoru przeszło moje najśmielsze wyobrażenia i chyba wciąż nie zostało do końca przyjęte przez moją świadomość. ale jednocześnie wyjaśniło wiele niewiadomych z przeszłości i stało się jakby spoidłem rozrzuconych kawałków intrygującej układanki...
Monday, 29 November 2010
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
0 comments:
Post a Comment