mój blondynizm nie zna granic. taaak, znowu się popisałam.
a było to tak: musiałam wrócić do domu nocnym autobusem z jedną przesiadką. wskazówki miałam zapisane, więc myślę - spoko, dam radę bez problemów.
a było to tak: musiałam wrócić do domu nocnym autobusem z jedną przesiadką. wskazówki miałam zapisane, więc myślę - spoko, dam radę bez problemów.
miałam się przesiąść na Victoria Station z c10 do n11. okej, pikuś. wysiadam, rozglądam się: kilka autobusów i trochę ludzi, jakiś sklep z zapiekankami. niedaleko stacja metra. wylookałam przystanek n11, super. poszłam sprawdzić godzinę, zostało mi 17 minut. no to pospacerowałam sobie w te i we wte, pogadałam sobie z bardzo fajnym gościem, aż zobaczyłam nadjeżdżające n11. pożegnałam się z nim i wskoczyłam na górę autobusu, żeby lepiej widzieć. jadę sobie spokojnie i wypatruję znajomych okolic, aż tu nagle... koniec trasy! i bynajmniej nie z tej strony co trzeba. [tak, już można się śmiać] bo oczywiście bardzo mądrze nie pofatygowałam się, żeby sprawdzić, jak dokładnie jedzie ten autobus i czy wsiadam w dobrym miejscu. brawa dla mnie. przez pierwsze pół minuty oczywiście panika: gdzie ja kurwa jestem i co ja kurwa teraz zrobię?! ale na szczęście bardzo niecierpliwy, aczkolwiek pomocny pan kierowca wytłumaczył mi, że powinnam była wsiąść w innym miejscu stacji, ale że mogę się wrócić na tym samym bilecie. uff. no bo co, jednorazowy kosztuje 2 funty, to przecież zdzierstwo niesamowite!
i tym sposobem na miejscu byłam nie po godzinie, lecz po dwóch. woohoo.
0 comments:
Post a Comment