doskonale pamiętam moment, w którym on po raz pierwszy przekroczył moją barierę "dotykową". ta bariera jest u mnie bardzo silna, z czego ja sama zdałam sobie sprawę dopiero w zeszłym roku na zajęciach podczas terapii, gdzie okazało się, że spośród grupy dwunastu dziewcząt to ja wytwarzam największy dystans wokół siebie, a znałyśmy się już wszystkie prawie dwa miesiące i widywałyśmy się pięć dni w tygodniu. na początku byłam w głębokim szoku, ale teraz bardzo to w sobie lubię.
bo nie lubię, jak ludzie włażą mi na moją przestrzeń osobistą zbyt wcześnie, albo robią to źle. źle, czyli jak? za dużo tłumaczenia. ale on... zrobił to tak subtelnie! siedzieliśmy wtedy w cztery osoby w moim namiocie podczas festiwalu w jednym z północnych lasów Polski i paliliśmy haszysz. mój namiot jest dość przestronny, więc każdy mógł siedzieć na tyle swobodnie, żeby nie dotykać innych osób. a on leżał wsparty na łokciach i w pewnym momencie przybliżył się tak, żeby jego lewe ramię dotknęło mojego prawego uda, kiedy siedziałam po turecku i nabijałam fajeczkę. i tak pozostał. był to gest niezauważalny dla pozostałych, ale na mnie podziałał tak, jakby fala ekstatycznego prądu przeszła przez całe moje ciało.
przez ostatnie osiem miesięcy powoli rozwija się we mnie do niego uczucie, którego nie żywiłam do mężczyzny od ponad pięciu lat. każdy, kto trochę mnie zna, wie że potrafię szybko zafascynować się interesującym facetem, a czasem też i kobietą, i co miesiąc może to być inna osoba! ale równie szybko ta fascynacja mija i pozostaje zwykła sympatia. tak po prostu mam, bo lubię poznawać ciekawych ludzi, a los szczęśliwie zsyła mi ich naprawdę mnóstwo. jednak fascynacja osobą, o której tutaj piszę, jest zupełnie inna. nie spodziewałam się tego. byłam pewna, że jest to jedna z tych wielu ulotnych fascynacji, jakich często doświadczam i że niedługo mi przejdzie. przez bardzo długi czas udawało mi się ukrywać przed sobą to, że ta jest silniejsza niż wszystkie inne.
w końcu jednak coś we mnie pękło i już nie potrafię zaprzeczyć temu, że oszalałam na jego punkcie. wysiłek jaki muszę włożyć w to, żeby to ukryć, jest nie do opisania... i boli straszliwie, bo mężczyzna ten jest już od sześciu lat w związku. jeszcze nie poznałam jego dziewczyny, ale wiem, że jest wspaniała, a ja wcale nie mam ochoty niszczyć pięknych rzeczy.
ale on mi wcale nie pomaga w tłumieniu uczuć do niego. nie potrafię powstrzymać promiennego uśmiechu, kiedy mnie zaczepia i mówi do mnie "Danusiu".
zapisuję w pamięci każdy moment, w którym udaje mu się ukradkowo mnie dotknąć. raz nawet chwycił mnie za dłoń, kiedy z jakiegoś powodu wybuchnęliśmy śmiechem i czułam, że oboje ten śmiech przedłużamy, żeby móc dłużej trzymać swoje dłonie. i coraz częściej czuję jak na mnie patrzy... nie zerka, lecz obserwuje. zauważa najdrobniejsze szczegóły. uważnie słucha i lubi, jak ja jego słucham. ale jeszcze nigdy nie dopuścił do tego, żebyśmy się spotkali tylko we dwójkę, chociaż okazji było co najmniej kilka. te wszystkie sytuacje dzieją się na naszych spotkaniach i wyjazdach ze wspólnymi znajomymi. napięcie we mnie rośnie powolutku, ale nasyca się do ostatnich granic...
a od ostatniego mojego wpisu na tym blogu minęło więcej niż rok czasu.
Saturday, 9 August 2014
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
0 comments:
Post a Comment