było jeszcze ciemno. podświetlany zegar na szczycie zamglonego pałacu kultury wskazywał szóstą trzydzieści. kropił słaby deszcz, ale nie zwracałam na to uwagi. miałam jeszcze pół godziny czasu, więc powlokłam się spokojnie w stronę miejsca docelowego, starając się nie wchodzić nikomu w drogę. głos Katy Perry ze słuchawek ipoda próbował trochę mnie ożywić, co było niemałym wyzwaniem po minionej nocy i zaledwie jednej godzinie drzemki.
- zapraszam! - pewien głos wyrwał mnie nagle z sennego zamyślenia, kiedy mijałam kawiarnię green coffee. nie byłam pewna, czy to do mnie. odwróciłam się więc i zobaczyłam eleganckiego mężczyznę w wieku mniej więcej trzydziestu lat, w garniturze, z czarnym parasolem w ręku i szerokim uśmiechem na ustach. zatrzymałam się i patrzyłam, jak z gracją zamyka parasol i wchodzi do środka.
- zapraszam na kawę. teraz. - powtórzył, aż promieniując świetnym humorem. dopiero wtedy zauważyłam, że jest bardzo przystojny. zatkało mnie. teraz? o boże, ze mną?! przecież ja wyglądam koszmarnie. a poza tym, nie zdążę wypić teraz kawy... i spanikowałam.
- przepraszam, ale nie mogę. za dwadzieścia minut mam jogę. ale dziękuję! - wynagrodziłam mu to najładniejszym uśmiechem, na jaki mnie było stać. i odeszłam.
żałowałam potem cały dzień, że nie zatrzymałam się nawet na minutę, żeby wymienić z nim chociaż kilka słów.
Sunday, 17 October 2010
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
0 comments:
Post a Comment