Thursday, 18 October 2012
l'automne
nigdy nie potrafiłam dokładnie powiedzieć, jaka jest moja ulubiona pora roku. dopiero kiedy zrobiło się chłodniej i poczułam ten wyjątkowy zapach jesieni, uświadomiłam sobie, że to jest właśnie ten czas w roku, który lubię najbardziej. tysiące kolorów natury, dojrzałe owoce, złociste zachody słońca, surowy deszcz, przenikliwy wiatr, gruby koc, gorąca herbata i ciepłe ubrania. czerwone wino smakuje teraz lepiej niż kiedykolwiek. to "moja" pora. wprawia mnie spokojny i refleksyjny nastrój, sprawia, że częściej potrzebuję samotności, ale jednocześnie mam w sobie więcej miłości do otaczającego świata. najlepiej pracuje mi się nad sobą właśnie teraz, jestem wytrwalsza w postanowieniach i bardziej cierpliwa. i cieszę się każdym dniem z tą okropną świadomością, że niedługo zasypie nas śnieg i nadejdzie niezwyciężona zima.
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
2 comments:
Zima. Pora-skrajność, podobnie jak lato, i oba te bieguny są dla mnie swoistym ekstremum pogodowej ekstazy. :) Najwięcej czerpię bowiem z bodźców ekstremalnych i ogromnie żałuję, że w skutek popierdolenia pogodowego zimy nie są już takie aż słone od mrozu i soli na ulicach, jak kiedyś. Zaschnięte drzewa w lesie zimą budzą jakiś poetycki, inspirujący lęk (nie: strach), który powoduje, że do lasu podchodzimy wreszcie z należnym mu szacunkiem, patrząc w jego nagą twarz. Płatki śniegu ubite na ziemi w parkach przez ludzkie stopy również stanowią widok jak żaden inny sprzyjający ekspansji wizualnego postrzegania w zgoła inne zmysłowe rejony.
Teraz zaś mamy lato i jest to pora równie piękna. Podobnie jak zima niepozbawiona niewygód, o czym przypominamy sobie, kiedy w wyjątkowo bezchmurny dzień słońce wydaje się rozmywać od żaru, a pot kapie z policzków na beton miasta. Miasto latem ma jakiś urok, wydaje się takie bezpieczne (choć wcale nie jest), jest ochota na lody owocowe i piękne dziewczyny chodzą niemal rozebrane- mniam. Piwo nigdy nie smakuje tak doskonale, jak w letnim plenerze. Lato to czysta przyjemność z małymi plamkami dyskomfortu pogodowego w rejonach szczególnej intensywności.
Wybieram te dwie, ale nie jestem w stanie odmówić uroku pozostałym paniom. Jesień i wiosna mają w sobie jakąś zwiewność i subtelność i podczas, gdy nie dostarczają tak silnej pożywki dla zmysłów jak pełne przyrody lato czy groźna zima, dają swoisty subtelny, przelotni stan, który sprzyja eksploracji i postrzeganiu miejsc zgodnie z ich prawdziwą naturą. Wiosna i jesień są bliżej.
Trudno byłoby zrezygnować z obecności któregokolwiek z tych przyczynowych bytów. Ale umrzeć chciałbym, tak, jak się narodziłem- zimą. (Sorki za dramatyzm, heh).
A w ogóle to do Ciebie, Danka, jesień pasuje. Ja rozumiem ten sentyment...
Post a Comment