ewidentnie poczułam ukłucie zazdrości. a w moim przypadku to zadziwiające, bo zdążyłam już zapomnieć, jak to jest. zaczynałam się nawet obawiać, że straciłam już zdolność do odczuwania tej specyficznej mieszanki emocji, którą wywołać może tylko zapach 'mięty przez rumianek'... a jednak nie. jednak coś jeszcze potrafi przebić moje mury.
z jednej strony cieszę się, że jest jakaś nadzieja dla mojej wybredności i wygórowanych wymagań, ale z drugiej - trochę się obawiam. to równie dobrze może być kolejna niszcząca porażka. albo raczej wzmacniająca moje fortyfikacje. nie wiem, ile potrafiłabym ich jeszcze znieść i wcale nie mam ochoty tego sprawdzać. póki co, to dopiero początek. echo, ukłucie, trzepot, powiew. nic trwałego. nauczyłam się nie wybiegać myślami zbyt daleko do przodu w takich sytuacjach, więc trzymam niecierpliwość na wodzy.
w moim brzuchu lata na razie tylko jeden motyl. jeśli zajdzie taka potrzeba, to w odpowiednim momencie bezlitośnie go zabiję. ale jeśli wszystko pójdzie dobrze, to kto wie? może wpuszczę ich tam całe setki...
Saturday, 23 April 2011
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
0 comments:
Post a Comment