wczorajszej nocy ruchy cząsteczek perfekcyjnie współgrały z ułamkami sekund w wirującej czasoprzestrzeni.
nieustannie coś w środku mówiło mi, że to tylko kwestia czasu. byłam więc spokojna, chociaż czasem kuło mnie zniecierpliwienie i nie mogłam odegnać od siebie ekscytacji. miałam pewność, że w końcu znowu go spotkam, nie wiedziałam tylko kiedy uda mi się na niego trafić. aż do wczoraj.
było tam mnóstwo ludzi, a w okół panował typowy sobotni chaos, ale mimo tego wypatrzyłam go już z daleka. od zawsze miałam słabość do wysokich facetów. jak tylko podszedł bliżej, kolana jak zwykle zmiękły mi na widok jego doskonałego uśmiechu i straciłam resztki odwagi. oboje byliśmy ze znajomymi, więc ja od początku kombinowałam nad znalezieniem okazji, żeby z nim pogadać. jednak czas uciekał, a ja tkwiłam wciąż w tym samym punkcie, tracąc zupełnie głowę. i wreszcie kiedy przestałam usilnie się nad tym głowić, nasze kroki w naturalny sposób zeszły się tak, że wylądowaliśmy na parkiecie.
w tym momencie mój stres wyparował, a świat ograniczył się tylko do tego kawałka podłogi. w tańcu runęły resztki dzielącego nas dystansu, centymetr po centymetrze. każda sekunda była bezcenna i pragnęłam, żeby każda trwała wiecznie.
ale trwały krótko. musiał dość wcześnie iść. mam ochotę napisać 'niestety', ale tego nie zrobię, bo niedosyt jest dobry. it makes me high. delektuję się nim z tym niepowtarzalnym uczuciem ciepła w środku i uśmiecham się na myśl, że niedługo pewnie znów się zobaczymy. i tym razem już nieprzypadkowo.
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
1 comments:
czytam to już chyba 5 raz ;> dodaj coś nowego! :))))
Post a Comment