Tuesday, 6 April 2010

just because

Posted by Panna Danuta at 13:07
aaach. jakież to jest irytujące. wszystko we mnie w środku krzyczy, wyrywa się i ciągnie, jakbym miała w sobie magnes. a jednoczenie to 'wszystko' wie, że nie ma szans. że nie ma po co, chociażby nie wiem, jak bardzo chciało. i uderza w potężny, ceglany mur, bo po drugiej stronie magnesu nie ma. a ja nie mogę zrobić nic, kompletnie nic! nie ma nawet iskierki nadziei na to, że cokolwiek w tym względzie mogłoby się zmienić. nie mogę się z tym pogodzić, no nie mogę. i zrozumieć to też mi jest trudno. nie potrafię wyobrazić sobie siebie w odwrotnej sytuacji. w dodatku, mimo tylu możliwości dookoła, mi musiało się ubzdurać akurat coś, co pozostanie zawsze w sferze nieosiągalnych marzeń. zakazany owoc? być może. ale oczywiście nie dam nic po sobie poznać. dlatego właśnie ten wpis musi być taki niezrozumiały, bo mam potrzebę wylać swoją frustrację. mogę tylko grać i sycić się namiastkami. ale w tej sytuacji i tak mnie one ogromnie cieszą, bo nie spodziewałam się absolutnie niczego. problem w tym, że teraz chcę więcej. jednak na to już liczyć nie mogę.

a to było coś niesamowitego. nawet o tym nie marzyłam, lecz nadeszło tak nagle i niespodziewanie, że aż zawirowało mi w głowie. chciałam przedłużyć ten moment do wieczności, ale wiedziałam, że mam tylko chwilę. tą chwilą delektowała się każda komórka mojego ciała. euforia wlała mi się do krwi i momentalnie rozeszła po mnie całej. i nie ulotniła się, jak już było po wszystkim, bo czuję ją aż do tej pory, chociaż słabiej. z godziny na godzinę, z dnia na dzień... ale świadomie rozniecam to wspomnienie i cieszę się nim za każdym razem, bo wiem, że nie był to ostatni raz.

to, co otrzymałam, starałam się pochłonąć wszystkimi swoimi zmysłami. sam wzrok nie był wystarczająco wiarygodny, bo ciężko było mi uwierzyć, że to nie sen. pamiętam zapach. i to, że uśmiechnęłam się, kiedy go poczułam, bo był bardzo przyjemny i jednocześnie subtelny. i tak...dobrze pasował. odetchnęłam głębiej. opuszkami palców sunęłam delikatnie, jak niewidomy po piśmie Braille'a. powoli, bez pośpiechu, próbując nie przewrócić się z wrażenia. do moich uszu dobiegały spokojne dźwięki, potęgujące wrażenie kruchości i ulotności przemijającej błyskawicznie chwili. nie zwracałam uwagi na to, co się działo dookoła. musiałam skupić się na oddechu, usiłując przywrócić mu regularny rytm. mimowolnie odpłynęłam. ten smak...był taki niepowtarzalny.

0 comments:

Post a Comment

 

c'était ici Copyright © 2012 Design by Antonia Sundrani Vinte e poucos