ogromna, czerwono-zlota tarcza wschodzacego slonca wynurzala sie spomiedzy szarych budynkow na horyzoncie. pedzilismy po opustoszalych ulicach Warszawy zabytkowym autem odwozac sie do domow. byla to dluga noc, jedna z tych, ktore maluja sie szerokim usmiechem we wspomnieniach. w uszach wciaz brzmialo nam echo muzyki, a w zylach krazyly resztki alkoholu, sprawcy szalenstw i zdradliwych luk w pamieci.
w ciszy zaglebialam sie we wlasne mysli, ktore wywolywaly we mnie blizej nieokreslona mieszanke uczuc. dreczylo mnie zwlaszcza jedno. cos, czemu od bardzo dawna nie poswiecalam uwagi. cos, przed czym bronie sie z calych sil, wytaczajac ciezka artylerie postanowien i przekonan. bylam wsciekla na siebie, ze pozwolilam temu wykielkowac w mojej glowie, a teraz zaczynam sie powaznie obawiac, ze nie zdaze tego zabic, zanim rozkwitnie. do czasu minionej nocy drzemalo to sobie bezpiecznie w mojej podswiadomosci, ale kiedy ubralam to w slowa i wypowiedzialam na glos, wylalo sie rowniez do swiadomej czesci mojego umyslu i bezczelnie zaczelo mi dokuczac. wszelkie zwiazane z tym pozytywne emocje tlumie strachem. perspektywa rozczarowania wzbudza we mnie juz nie obawe, ale wrecz panike. ale z drugiej strony, jak dlugo mozna tak slepo uciekac? nie wiem, co mogloby sie ostatecznie wydarzyc. moze wiec jednak warto podjac ryzyko..?
Tuesday, 16 August 2011
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
1 comments:
warto. zawsze wszytsko warto, nie ma czynów bez wartości. są tylko chwile nie robienia nic i dopiero one nie są nic warte
Post a Comment